Farfałki czyli rzeczy błahe, drobne, niekonieczne. Teksty tu zamieszczone bez informacji o autorze, są mojego autorstwa i roszczę sobie do nich wyłączne prawo.
środa, 26 marca 2014
Hydrozagadka
I wezwał Pan babę przed oblicze swoje boskie, a baba chyżo przybiegła, jak to baby we zwyczaju mają. I pokazał był Pan babie, jak hartował się chart. A tak się hartował, że hydrzych zwyczajów nabrał. Chwiejące się głowy wyrastały mu jedna po drugiej, charczał przy tym straszliwie i tchawicą ruszał, jak suwnicowy suwnicą.
niedziela, 23 marca 2014
53
Majka zachorowała na ospę, więc nie było kompletu. Był tort, zaśliniony buziak od Jaśka i piękny ceramiczny kot. Nawet zięciunio cmoknął teściową. A potem robiliśmy tratwę z korków i wykałaczek. Całkiem nieźle nam wyszło. Próba generalna wyporności dziś przy kąpieli, jutro będzie relacja. Jasiek dostarczył mi dziś, oprócz uśmiechu i buziaka, tematu do przemyśleń. Jakiś czas temu dostał ode mnie kotka z jakimś piszczącym dinksem w środku. W związku z tym "kota się nie pierze". Dinks by przestał działać. Jednakże kot, wytarmoszony i wycmoktany wygląda, jak nieboskie stworzenie. Córka chce uprać, ale ten dinks... Doszliśmy więc do wniosku, że zrobimy kotu operację. Wytniemy dinksa na czas prania. Córka spytała tylko blado: A kto go potem zszyje? Jasiek bez namysłu zawołał: Babcia Jenia! Na pytanie, skąd wie, że babcia Jenia umie szyć, odpowiedział: przecież zrobiła tratwę. Po namyśle dodał: i łódkę, i hełm. Znaczy babcia Jenia umie i szyć. Przyznam, że czekałam na coś w rodzaju: bo babcia umie wszystko. No cóż, popracuję nad wnukiem, może w przyszłym roku. I sobie pomyślałam, że być może za ileś lat Jasiek wspominając babcię, wspomni razem robioną tratwę, i kota, i łódeczki.... I ciepło mi się zrobiło na sercu.
piątek, 14 marca 2014
Baba z Nienacka
I weszła była baba z Nienacka do ogrodu Pańskiego wypukłość nadmierną biustu babskiego tłumacząc ochronie nowym biustonoszem push-up. Że niby jak Natalia Siwiec być chce. Uśmiała się ochrona po kokardy, bo gdzie tam babie z Nienacka do Natalii Siwiec, no gdzie? I puścili byli babę głupią ochroniarze na teren ogrodu Pańskiego, nie wiedząc, co czynią. Albowiem baba w miejscu, gdzie biust mieć powinna, dżendera straszliwego schowała. Tego, co to Pan stanowczo zakazał był wpuszczać w obawie przed zgorszeniem straszliwym, spedalaniem ptasząt niewinnych, tudzież nieletnich. Odeszła baba kilka kroków od bramy Pańskiej na wszelki wypadek i jak nie pizgnie dżenderem po okolicy! Zafurczało, zawyło i zakurzyło. I rozpełzł się był dżender podstępny po zakamarkach ogrodu Pańskiego, rozpełznięty okopał się i oflagował. Zjadliwie sączył do uszek samiczek niebieskich, by nie pozwalały traktować się przedmiotowo przez samców, by córek na różowo nie ubierały. Kłamał bez mrugnięcia dżenderową powieką, że wszak Pan wszystkich równymi stworzył. Że samiczka może być dobrym szefem, a samiec niezłą pielęgniarką. Że nic złego nie ma w ubieraniu się przez samiczki w spodnie, a przez samców w sukienki: obrazował zdjęciami Szkotów, co to im zimno w przyrodzenie, bo w spódniczkach chodzą. Radził samiczkom, żeby gwardię Pańską wzywały, gdy spracowany samiec napiwszy się emocje na nich wyładowywał. Słowem: Sodoma i Gomora! Do złego namawiał. Do pogwałcenia ustalonego porządku, do przewrotu, do rewolucji! Drań podstępny. Toteż ruszyły na niego hufce tradycji odwiecznej wierne: panowie w czarnych sukienkach i babochłopy sejmowe. Na czele stanęły dwie Herodiady sejmowe i dalejże prać po pyskach heretyków i kacerzy jednych! Dalejże pluć na cyklistów, żydów i masonów! A baba biust uwolniwszy od dżendera i watą go napchawszy, by ponętniejszy się wydał był, do swego Nienacka wyruszyła, bo chłop lada chwila z popijawy wróci i jeść wołać będzie. A jak zupa będzie za słona, to i biust ponętny jej nie pomoże.
![]() |
| Wisi w okolicy. |
poniedziałek, 24 lutego 2014
Alfabet PRL-u
Alfabet jest subiektywny, mój najmojszy. Tyle i tak pamiętam.
C - jak czeszki. Obuwie naszych sąsiadów, tysiąc razy lepsze, niż rodzime. Przywiozłam je sobie, kiedy byłam na obozie w Kysaku. U nas kosztowały majątek.
D - jak Donald, guma balonowa z historyjkami. Kiedyś dostałam całą paczkę, chyba 20 sztuk, kupioną w PKO. Byłam zawiedziona, bo historyjki się powtarzały. Wymienialiśmy się potem w szkole.
E - jak elektroniczny Wilk i zając. Można było grać w to godzinami. Przywożone to było z ZSRR i sprzedawane na bazarach.
F - jak fartuszki szkolne. Dyrektor mojej szkoły miał ambicję uczynienia z nas elitarnej placówki oświatowej. Elitarność tę osiągaliśmy przede wszystkim wzorowo nosząc fartuchy szkolne. Moja klasa miała przyporządkowany kolor zielony. Ohydny odcień, w którym prawie nikomu nie było do twarzy. Ale przecież one nie do twarzy miały być z założenia.
G - jak Grundig, magnetofon kasetowy z radiem. Z radia się nagrywało. Mój pierwszy magnetofon. Pierwsza rzecz, jaką nagrałam to Allman Brothers Band. I tak mi już zostało. Słuchałam Jasia Kaczmarka i innych takich cudaków. I też mi zostało.
H - jak haki. Wszechobecne, świecące najczęściej golizną, poza wczesnymi latami siedemdziesiątymi, kiedy to Coca Cola to było to, a Delicje wedlowskie rozpływały się w ustach, a nie na dłoni. Potem był już tylko ocet, ten siedmiu złodziei.
I - jak intymność. No właśnie, w domach z betonu nie było wolnej miłości. W tych z cegły tym bardziej. Choć jednak betonowcy mieli gorzej.
J - jak juniorki. Zmora wszystkich uczniów. Obowiązkowe obuwie mające leczyć platfusy stopy i charakteru. Moje były całe granatowe i wiecznie cuchnęły kurzem sali gimnastycznej. Takim słodkawym czymś, co wydziela drewniana podłoga rzadko sprzątana i deptana setkami stóp.
K - jak:
1. Kolejka, czyli ogon. Ustawiały się po wszystko i wszędzie. Często na wszelki wypadek, a nuż coś przywiozą. Największe ogony były pod sklepami meblowymi i AGD. I mięsożerne oczywiście. Co skutkowało kolejkami po papier toaletowy.
2. Kolejka elektryczna, czyli Piko. Chyba NRD-owska. Moi bracia mieli taką, a ja tylko chciałam mieć. Chciałam w tę lokomotywę wsiąść i perły we włosach poczuć. Jako i rdzawy smak toru kolejowego w okolicy Tłuszcza.
L - jak latarka. Kupowało się taką w Składnicy Harcerskiej na Marszałkowskiej. Wkładało się do niej dużą płaską baterię z wystającymi z niej metalowymi paskami. Czasem dotykałam ich językiem, żeby zaszczypało.
M - jak Monopol. Pierwsza gra Monopol była wycięta z jakiegoś pisma (Młody Technik?). Graliśmy całą noc przy kolacji proletariackiej, czyli śledziu z cebulą, kaszance i chlebie z gazety. Powyższe służyło do zakąszania taniego wina, pierwszego w moim życiu, a miałam już ho! ho! siedemnaście lat.
O - jak oszczędzanie. O jak obowiązkowo w PKO, nieletni w SKO. Innych dozwolonych oficjalnie możliwości nie było.
P - jak piórnik z wyposażeniem. Dostałam taki od wujka. Przywiózł z NRD, u nas jeszcze nie było. Dumna byłam z niego przez kilka tygodni (zdążyłam uroczo znajdującymi się tam flamastrami ubarwić ilustracje Ani z Zielonego Wzgórza), dopóki nie zostawiłam pod ławką w salce katechetycznej. Żałowałam szczególnie flamastrów, tak pięknie pachniały.
R - jak rzutnik. Wtedy mówiło się chyba diaskop. Oglądałam bajki na ścianie dzięki niemu. Bajki były w czarnych celuloidowych tulejkach. I pachniały innym światem.
S - jak saturator. Zwykła czy z sokiem? Soki pamiętam czerwone i pomarańczowe. I mnóstwo os. A szklanki odwracane do góry dnem, jeden chlup i następny klient.
T - jak trzepak. Ulubione miejsce spotkań. Zazdrościłam starszej o rok kuzynce umiejętności fikołkowania, ja nie umiałam. Potem przy trzepaku graliśmy w siatkówkę. Gadaliśmy. Machaliśmy nogami. Robiliśmy cokolwiek, żeby tylko się spotkać.
U - jak Ulung, oryginalna nazwa chińskiej herbaty. Herbata już mniej oryginalna. Z tego powodu do dziś herbaty nie lubię.
W - jak Wigry. Mój pierwszy rower. Wymuszony łzami na moim wujku, który ojcował mi nieustannie. Na jego nie tak dawnym pogrzebie usłyszałam od cioci, że mnie bardzo kochał. Ja jego też.
Wszystkie zdjęcia znalezione w czeluściach internetu, żadne nie jest własnoręczne. Ale źródeł nie pamiętam
Na N i Z nie mam pomysłu.
A - jak Arabska guma
Cuchnące paskudztwo. Kleiło wszystko poza tym, co powinno. Zapach miało równie paskudny, jak zawartość przypominającą śluz ślimaka.
B - jak Bambino, kredki oczywiście. Moje ulubione. Lubiłam je temperować, rozsypywały się wtedy w kolorowy proszek. Używałam go do malowania twarzy w barwy wojenne.
C - jak czeszki. Obuwie naszych sąsiadów, tysiąc razy lepsze, niż rodzime. Przywiozłam je sobie, kiedy byłam na obozie w Kysaku. U nas kosztowały majątek.
D - jak Donald, guma balonowa z historyjkami. Kiedyś dostałam całą paczkę, chyba 20 sztuk, kupioną w PKO. Byłam zawiedziona, bo historyjki się powtarzały. Wymienialiśmy się potem w szkole.
E - jak elektroniczny Wilk i zając. Można było grać w to godzinami. Przywożone to było z ZSRR i sprzedawane na bazarach.
F - jak fartuszki szkolne. Dyrektor mojej szkoły miał ambicję uczynienia z nas elitarnej placówki oświatowej. Elitarność tę osiągaliśmy przede wszystkim wzorowo nosząc fartuchy szkolne. Moja klasa miała przyporządkowany kolor zielony. Ohydny odcień, w którym prawie nikomu nie było do twarzy. Ale przecież one nie do twarzy miały być z założenia.
G - jak Grundig, magnetofon kasetowy z radiem. Z radia się nagrywało. Mój pierwszy magnetofon. Pierwsza rzecz, jaką nagrałam to Allman Brothers Band. I tak mi już zostało. Słuchałam Jasia Kaczmarka i innych takich cudaków. I też mi zostało.
H - jak haki. Wszechobecne, świecące najczęściej golizną, poza wczesnymi latami siedemdziesiątymi, kiedy to Coca Cola to było to, a Delicje wedlowskie rozpływały się w ustach, a nie na dłoni. Potem był już tylko ocet, ten siedmiu złodziei.
J - jak juniorki. Zmora wszystkich uczniów. Obowiązkowe obuwie mające leczyć platfusy stopy i charakteru. Moje były całe granatowe i wiecznie cuchnęły kurzem sali gimnastycznej. Takim słodkawym czymś, co wydziela drewniana podłoga rzadko sprzątana i deptana setkami stóp.K - jak:
1. Kolejka, czyli ogon. Ustawiały się po wszystko i wszędzie. Często na wszelki wypadek, a nuż coś przywiozą. Największe ogony były pod sklepami meblowymi i AGD. I mięsożerne oczywiście. Co skutkowało kolejkami po papier toaletowy.
2. Kolejka elektryczna, czyli Piko. Chyba NRD-owska. Moi bracia mieli taką, a ja tylko chciałam mieć. Chciałam w tę lokomotywę wsiąść i perły we włosach poczuć. Jako i rdzawy smak toru kolejowego w okolicy Tłuszcza.
L - jak latarka. Kupowało się taką w Składnicy Harcerskiej na Marszałkowskiej. Wkładało się do niej dużą płaską baterię z wystającymi z niej metalowymi paskami. Czasem dotykałam ich językiem, żeby zaszczypało.
M - jak Monopol. Pierwsza gra Monopol była wycięta z jakiegoś pisma (Młody Technik?). Graliśmy całą noc przy kolacji proletariackiej, czyli śledziu z cebulą, kaszance i chlebie z gazety. Powyższe służyło do zakąszania taniego wina, pierwszego w moim życiu, a miałam już ho! ho! siedemnaście lat.
O - jak oszczędzanie. O jak obowiązkowo w PKO, nieletni w SKO. Innych dozwolonych oficjalnie możliwości nie było.
P - jak piórnik z wyposażeniem. Dostałam taki od wujka. Przywiózł z NRD, u nas jeszcze nie było. Dumna byłam z niego przez kilka tygodni (zdążyłam uroczo znajdującymi się tam flamastrami ubarwić ilustracje Ani z Zielonego Wzgórza), dopóki nie zostawiłam pod ławką w salce katechetycznej. Żałowałam szczególnie flamastrów, tak pięknie pachniały.
R - jak rzutnik. Wtedy mówiło się chyba diaskop. Oglądałam bajki na ścianie dzięki niemu. Bajki były w czarnych celuloidowych tulejkach. I pachniały innym światem.
S - jak saturator. Zwykła czy z sokiem? Soki pamiętam czerwone i pomarańczowe. I mnóstwo os. A szklanki odwracane do góry dnem, jeden chlup i następny klient.
T - jak trzepak. Ulubione miejsce spotkań. Zazdrościłam starszej o rok kuzynce umiejętności fikołkowania, ja nie umiałam. Potem przy trzepaku graliśmy w siatkówkę. Gadaliśmy. Machaliśmy nogami. Robiliśmy cokolwiek, żeby tylko się spotkać.
U - jak Ulung, oryginalna nazwa chińskiej herbaty. Herbata już mniej oryginalna. Z tego powodu do dziś herbaty nie lubię.
W - jak Wigry. Mój pierwszy rower. Wymuszony łzami na moim wujku, który ojcował mi nieustannie. Na jego nie tak dawnym pogrzebie usłyszałam od cioci, że mnie bardzo kochał. Ja jego też.
Wszystkie zdjęcia znalezione w czeluściach internetu, żadne nie jest własnoręczne. Ale źródeł nie pamiętam
Na N i Z nie mam pomysłu.
piątek, 21 lutego 2014
Misia
Leżenie w łóżku, poza pewnymi niedogodnościami, ma cudowną zaletę: można czytać do upojenia. A ponieważ paczkonosz przyniósł kolejne książki, czytam i czytam. Zdobyłam jakimś cudem reprint Nowych Aten B.Chmielowskiego, więc całkiem wesołe to polegiwanie. W kolejce czeka pamiętnik księżnej Daszkow i wspomnienia o Misi Godebskiej. Ta ostatnia pochodziła z "tych" Godebskich i przez wiele lat, do późnej starości, była muzą impresjonistów i postimpresjonistów, poetów i muzyków. Kogóż ona nie znała! I któż się w niej nie kochał! Każdy szanujący się snob byłby szczęśliwy mając ją za żonę. Była zamężna w związku z tym trzy razy, co na ówczesne czasy było niezłym wynikiem. Przy tym najbardziej obawiała się ... skandalu. Zmarła w 1950 roku nieco zapomniana.
![]() |
| /z sieci/ |
Najbardziej znany jej wizerunek to plakat La Revue blanche Toulouse Lautreca.
piątek, 7 lutego 2014
Film
Obejrzałam sobie film Her z Joaquinem Phoenixem. Jest świetny. I tak bardzo prawdziwy, choć to s-f.
sobota, 25 stycznia 2014
I od razu lepiej
Songwriters: BERNS/BURKE/WEXLER
We're so glad to see so many of you lovely people here tonight and we would especially like to welcome all the representatives of Illinois law enforcement community who have chosen to join us here in the Palace Hotel ballroom at this time. We do sincerely hope you'll all enjoy the show and please remember people, that no matter who you are and what you do to live, thrive and survive, there're still some things that make us all the same. You, me, them, everybody, everybody.
Everybody needs somebody
Everybody needs somebody to love, someone to love
Sweetheart to miss
Sugar to kiss
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
in the morning
When my souls on fire
Sometimes I feel, I feel a little sad inside
When my baby mistreats me, I never, never, never have a place to hide
I need you
Sometimes I feel, I feel a little sad inside
When my baby mistreats me, I never, never, never have a place to hide
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
(I need you)
You know people when you do find somebody
Hold that woman, hold that man
Love him, please him, squeeze her, please her, hold her
Squeeze and please that person, give 'em all your love
Signify your feelings with every gentle caress
Because it's so important to have that special somebody
To hold, kiss, miss, squeeze and please
Everybody needs somebody
Everybody needs somebody to love
someone to love
Sweetheart to miss
Sugar to kiss
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
I need you, you, you
In the morning
When my souls on fire
When I need that woman of mine
I need you, you, you, you
I need you, you, you, you
I need you, you, you
I need you
Ulubiony film, jedna z ulubionych scen i boski Belushi. I od razu dzień wydaje się piękniejszy mimo mrozu za oknem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















