Córka opowiedziała mi o niedawno przez nią obejrzanym filmie (chyba In time). Fabuła zasadza się na tym, że czas jest jedyną walutą. Ludzie rodzą się z jednakowym jego zasobem, za dobra wszelakie płacą minutami swojego życia. Zapamiętałam, że kawa kosztowała 30 minut, na rzecz sprzedawcy kawy oczywiście. Odpłynęłam myślami w taki świat. Zastanawiałam się na co wydawałabym swój czas. Kolejna refleksja nad podstawowymi wartościami w życiu. O wykorzystaniu czasu, jaki jest człowiekowi dany. Kolejny raz powtórzyłam sobie, że prawdziwą wartość ma dla mnie to, co zostanie, jeśli zabierze mi się wszystko, co posiadam materialnego. Kolejny raz powtórzyłam sobie, że wiele jest rzeczy, które nie są mi do szczęścia potrzebne. Nikt mi nie zabierze czułego spojrzenia moich dzieci, wyciągniętych łapek Majki, żeby wziąć ją na rączki i sprawdzić, co robi Zaraza. Nikt mi nie zabierze zaślinionego dzioba Jaśka. Nikt mi nie zabierze czasu spędzonego z miłością, ciepłem i serdecznością. A ja tego czasu nikomu bym nie oddała, nikomu poza tymi, których kocham. Nie chcę tracić czasu na to, co zbędne, na tych, którzy dla mnie swojego czasu nie mają. Szkoda czasu.
Farfałki czyli rzeczy błahe, drobne, niekonieczne. Teksty tu zamieszczone bez informacji o autorze, są mojego autorstwa i roszczę sobie do nich wyłączne prawo.
niedziela, 11 marca 2012
piątek, 9 marca 2012
Subha
Subha to arabski "różaniec", sznur z 99 koralikami, z których każdy oznacza jedno imię Allaha (tych imion jest 100, ale ostatnie zna tylko Allah). Imiona te, to atrybuty świętości, przymioty boskie. Moja subha jest zrobiona z drzewa sandałowego, przywiozłam ją z którejś podróży. Dotykając tych koralików chciałam uwolnić zapach. Każdy z nich jednak uwalniał coś innego, choć nie były to atrybuty Allaha. Była wśród nich cierpliwość, radość życia, miłość, współczucie, uśmiech, nadzieja, poczucie humoru i inne, lubiane przeze mnie uczucia. Przesuwając koraliki między palcami robiłam w sobie remanent. Niedawno znów sięgnęłam po subhę. Brakuje w niej kilku koralików, zgubiły się gdzieś, nie wiadomo gdzie i kiedy. I zupełnie nie ma już zapachu drzewa sandałowego.
czwartek, 8 marca 2012
poniedziałek, 5 marca 2012
Mam już wina łyk
Kiedy będę starą kobietą /Martyna Jakubowicz/
Kiedy będę starą kobietą
i nie zostanie mi nic oprócz wspomnień
wszystkie chwile życia stracone
powrócą raz jeszcze do mnie
Kiedy będę starą kobietą
czasem będę słowika słuchała
o straconej wolności pomyślę
o mężczyznach, których kiedyś kochałam
Mam jeszcze wina łyk
i chowam go już dziś
dla tych, którzy muszą żyć
jak strumienie pod lodem
jak słońce za mgłą
Jedni ludzie gromadzą fortuny
inni co dzień się bronią przed głodem
strzeż ich Boże i miej ich w opiece
i daj umrzeć póki serce mam młode
Mam jeszcze wina łyk
i chowam go już dziś
dla tych, którzy muszą żyć
jak strumienie pod lodem
jak słońce za mgłą
Mam już swój wina łyk.
niedziela, 4 marca 2012
Ludzie wią
Rozumię, że dziennikarzą żeśmy winni te słowo szacunku za ich cudnom polszczyzne.
Czepnęłam się dziennikarzy, bo to bardziej widać, a i wpływ na język mają. Ludzie przeczytają, usłyszą i używają, w końcu media to ogromna siła przekonywania. Kropla drąży skałę, wystarczy kilka razy błąd usłyszeć i staje się naszą normą. Nie jestem purystką językową i zdarza mi się też popełniać błędy. Staram się je poprawiać, nie popełniać drugi raz. Wzburzam się wewnętrznie na językowe niechlujstwo, szczególnie tych, którzy postrzegani są jako swego rodzaju autorytety. Niechlujstwo językowe jest bowiem moim zdaniem brakiem szacunku dla rozmówcy i do samego siebie. Kika lat temu zdziwiłam się mocno widząc na piśmie skierowanym do mnie adnotację ówczesnego szefa: "Rozumię, że..." Wtedy był to swego rodzaju szok, dzisiaj widzę i słyszę to wszędzie, ludzie po prostu rozumią, umią i wią, jak jest prawidłowo. Wiem, że język ewoluuje, że gdyby nie kaleczono przed wiekami łaciny, nie powstałyby języki współczesne: włoski, francuski chociażby. Ale też nie wierzę w to, że człowiek podstawowo wykształcony (a obowiązek szkolny jest!) nie wie, jak mówić i pisać w podstawowym zakresie. Używanie regionalizmów to nie jest to samo, co kaleczenie języka, to jestem w stanie zrozumieć. Ba, nawet fajnie posłuchać. Ale już nadużywanie kalek (od kalki do kaleki językowej) z języków obcych, gdy są polskie odpowiedniki, mnie drażni.
Na plaster gawędy językowe profesora Miodka i Bralczyka, ludzie wią lepiej. Idą na zakupy, a nie po zakupy. A może gdyby poszli po zakupy i nabyli słownik jakiś, to polepszyłaby się jakość polszczyzny, no.
Czepnęłam się dziennikarzy, bo to bardziej widać, a i wpływ na język mają. Ludzie przeczytają, usłyszą i używają, w końcu media to ogromna siła przekonywania. Kropla drąży skałę, wystarczy kilka razy błąd usłyszeć i staje się naszą normą. Nie jestem purystką językową i zdarza mi się też popełniać błędy. Staram się je poprawiać, nie popełniać drugi raz. Wzburzam się wewnętrznie na językowe niechlujstwo, szczególnie tych, którzy postrzegani są jako swego rodzaju autorytety. Niechlujstwo językowe jest bowiem moim zdaniem brakiem szacunku dla rozmówcy i do samego siebie. Kika lat temu zdziwiłam się mocno widząc na piśmie skierowanym do mnie adnotację ówczesnego szefa: "Rozumię, że..." Wtedy był to swego rodzaju szok, dzisiaj widzę i słyszę to wszędzie, ludzie po prostu rozumią, umią i wią, jak jest prawidłowo. Wiem, że język ewoluuje, że gdyby nie kaleczono przed wiekami łaciny, nie powstałyby języki współczesne: włoski, francuski chociażby. Ale też nie wierzę w to, że człowiek podstawowo wykształcony (a obowiązek szkolny jest!) nie wie, jak mówić i pisać w podstawowym zakresie. Używanie regionalizmów to nie jest to samo, co kaleczenie języka, to jestem w stanie zrozumieć. Ba, nawet fajnie posłuchać. Ale już nadużywanie kalek (od kalki do kaleki językowej) z języków obcych, gdy są polskie odpowiedniki, mnie drażni.
Na plaster gawędy językowe profesora Miodka i Bralczyka, ludzie wią lepiej. Idą na zakupy, a nie po zakupy. A może gdyby poszli po zakupy i nabyli słownik jakiś, to polepszyłaby się jakość polszczyzny, no.
sobota, 3 marca 2012
Blues o czwartej nad ranem
Poczułam wiosnę. W nocy, kiedy ludzie śpią, ona przychodzi. Powiewa silnym, choć ciepłym wiatrem zachęcając świat do zrzucenia ciężkich okryć. Wciska się ze swoją wiosenną świeżością w każdą moją zmarszczkę. Szepcze do mnie kusząco: świat wypięknieje, kiedy nadejdę, tylko mi pozwól; zrób porządek w sobie, powyrzucaj śmieci i przyjdę.
Słyszałam wiosnę wracając do domu o czwartej nad ranem. Postanowiłam więc zrobić porządek na balkonie, umyć okna i odkurzyć wszystkie zakamarki. Niech wreszcie przyjdzie wiosna, niech będzie mi cieplej i lżej. I niczego nie zamiotę pod swój nowy, modlitewny dywanik. Położę go przed łóżkiem na świeżo wycyklinowanej i polakierowanej podłodze w sypialni. I zrobię lampę przyciągającą tylko dobre sny. A na wysprzątanym balkonie zawieszę dzwoneczki.
Słyszałam wiosnę wracając do domu o czwartej nad ranem. Postanowiłam więc zrobić porządek na balkonie, umyć okna i odkurzyć wszystkie zakamarki. Niech wreszcie przyjdzie wiosna, niech będzie mi cieplej i lżej. I niczego nie zamiotę pod swój nowy, modlitewny dywanik. Położę go przed łóżkiem na świeżo wycyklinowanej i polakierowanej podłodze w sypialni. I zrobię lampę przyciągającą tylko dobre sny. A na wysprzątanym balkonie zawieszę dzwoneczki.
piątek, 2 marca 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)

