Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otulacze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otulacze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2013

Z okazji

Z okazji świąt pozwoliłam sobie na marzenia. Niewielkie, szyte na miarę. Pierwszym z nich jest Zielnik Syreniusza - właśnie wyszedł reprint. Jeśli nie znajdę go pod choinką, zakupię jeszcze w tym roku. Drugie marzenie jest nieco bardziej skomplikowane. Jest to mianowicie kominek, a właściwie biokominek. Na te prawdziwe Urząd Dzielnicy nie wydaje zgody, pytałam. Znalazłam całkiem niedrogi, dający się obudować tak, żeby wyglądał jak prawdziwy. I tu pojawia się niewielki problem. Sama nie dam rady z obudową. Mam już projekt, ale wykonanie częściowo muszę powierzyć jakiemuś "fachowcu". Obudowa ma być bowiem z grubych kantówek. Zdolności obgryzania drewna nie posiadam, bom nie bóbr. Zabejcować już umiem. No to szukam fachowca.
A poza tym wspomniana okazja spowodowała u mnie wenę kuchenną - pierogi z kapustą i uszka już zrobione - zamroziłam. Bigos ugotowany, kaczka czeka na pieczenie. Schab się marynuje, śledzie kulą uszy przed krojoną cebulą. Prezenty zapakowane, czekam tylko Wigilii, by ubrać choinkę i patrzeć rozmarzonym wzrokiem na ścianę, na której za jakiś czas pojawi się kominek. A wtedy usiądę przed nim z czystym sumieniem i ciekawą książką i odpłynę w swój świat. Albowiem od dłuższego już czasu wolę towarzystwo książek od towarzystwa ludzi.




A poza tym... wesołych Świąt.

wtorek, 17 września 2013

Jesienny urodzaj

Całkiem zwyczajnie się przeziębiłam. Katar, kaszel, w płucach czysto. Wizyta u lekarza była jednak nieunikniona. No to pojechałam. Wracałam ze Starego Miasta smarkająca po kokardy. Na przystanku zaczepił mnie dziadulek. Opowiadał o sobie, że nigdy nie chorował, że pięknie śpiewa. Radził o siebie bardziej dbać, bo "taka młoda, a choruje". Bardzo sympatyczny był ten dziadulek. W autobusie, do którego wsiadłam, miejsc wolnych było sporo, ale to obok mnie usiadł kolejny dziadulek - w stylowej maciejówce (ten z przystanku miał czapkę kolejarza). I zaczął rozmowę. Opowiadał, że nigdy nie chorował, że przeziębienie leczył grzanym piwem, że ma koty. Też sympatyczny był. Obydwaj się do mnie bardzo życzliwie uśmiechali.  A mnie się mimo zasmarkania zrobiło sympatycznie. Aż szkoda, że z autobusu prosto do domu - a nuż spotkałabym kolejnego dziadulka?

wtorek, 5 marca 2013

Babcia z Jasiem


Tak wygląda babcia Jenia z Jasiem na spacerze. Jaś trzyma lizaka, rzecz jasna.

niedziela, 20 stycznia 2013

Wypełniacze duszy

Jeszcze

…więc jak się już ma psa i kota, miłe mieszkanko spółdzielcze,
I wszystko się w naszym życiu układa tak plus-minus znośnie,
I gdy się w tym życiu już miało tę pewną ilość dziewczyn,
A właśnie jest popołudnie, i słońce świeci skośnie,

To dobrze jest usiąść w fotelu, a kot niech się zwinie obok,
I żeby w zasięgu ręki było koniecznie pół czarnej,
A radio niech gra Gershwina, a my, kiwając nogą,
W ten skośny promień puszczamy dym z papierosa Carmen.

Na półkach piętrzą się książki, i pył z nich wiruje w słońcu,
I wszystko jest złotobrunatne, a tylko rapsodia błękitna,
I trochę smutno, że trzeba to będzie zostawić w końcu,
I że już się nie siądzie w fotelu, żeby Trzech Muszkieterów poczytać,

Bo może się kiedyś tak zdarzyć, że patrzysz — a ciebie już nie ma,
Chociaż jest kawa i fotel, i słońce na kociej sierści,
I chociaż wciąż jeszcze w powietrzu snuje się dym z Carmena,
I równie jak dym błękitny wciąż snuje się ten mister Gershwin.

Pies podniósł głowę i warknął, ale na razie nikt nie wszedł,
Choć ktoś stał jakby za drzwiami, i jakby zamykał parasol.
Kot otwarł oko, popatrzył i spytał — Jesteś tu jeszcze?
— Jeszcze tu jestem, mój kocie. I staram się trzymać fason.

A.Waligórski


 Leniwie było dziś na szczęście. Wyspałam się wyłączając telefon po prostu, że też wcześniej na to nie wpadłam! A wyspanie się było potrzebne, bo wczorajszy wieczór był długi i zakropiony butelką grzanego wina wypitego wspólnie z koleżanką. Przy okazji obgadałyśmy, co było do obgadania, wyśmiałyśmy, co było do wyśmiania. Odreagowałam wreszcie. I dostałam piękne "coś" z napisem: friends feed the soul". Znamy się około 20 lat, nigdy nie było między nami żadnej deklaracji przyjaźni, a jakoś to się kręci. Przeszłyśmy razem różne zawirowania i jej, i moje. Razem. Bez deklaracji, ale działając. Jesteśmy zupełnie różne osobowościowo i zewnętrznie, wspólne mamy wartości, podejście do życia. Obie nie jesteśmy ani trochę przywiązane do materii, choć przyznam, że ja poszłam trochę dalej. Ona ma młodego syna, jeszcze musi, ja już nie. Nie mogę jej tylko namówić na czytanie, choć czasem po mojej opowieści o jakiejś smakowitej lekturze, sięga po książkę. Podobno odbije to sobie, jak syn dorośnie, tak obiecuje. Teraz namawiam ją na wieczór w teatrze, bardzo chcę zobaczyć "Ja, Feuerbach" - jak głoszą afisze Fronczewski reżyseruje Fronczewskiego, a to może być całkiem fajne. Dobrze mieć takie wypełniacze duszy.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Siódme niebo

Pierwsze kroki po obudzeniu się - do kuchni! Rolety kuchenne są właściwie cały czas podniesione, widzę więc szyby i świat za nimi. Dziś świat wydał mi się dziwnie zamglony. Mgła, znaczy cieplej się zrobiło. Kiedy podeszłam bliżej okna... a guzik! Szyby są oblodzone, a nie zamglone! Prawdopodobnie sypnęło śniegiem, deszczem, czymś tam i mróz zamienił okna w pionowe lodowisko. Mróz nie jest duży, tylko - 3, ale wystarcza, bym świat widziała, jak przez mgłę. Nic to. Robota jest robotą i na zmianę pogody nie poczeka, a i od gapienia się w szyby nic się samo nie zrobi. Boczek już się piecze w piekarniku, kapusta bulgocze w garze, a ja zasiadłam przy stole z kawą i myślami. Tym niewesołym powiedziałam "stop" i zajęłam się tymi ciepłymi, spokojnymi, lekko tylko potarganymi. I całkiem fajnie tak mi siedzieć i błądzić w siódmym niebie, a właściwie biorąc pod uwagę zapach piekącego się boczku, w siódmym boczku.

niedziela, 23 grudnia 2012

Wspomniałam

Wspomnieniowo-świąteczny wpis na zaprzyjaźnionym blogu skłonił mnie do powędrowania we własną świąteczną przeszłość. Najdawniejsze wspomnienie to płonące świeczki na choince u babci i świąteczna paczka z pomarańczami, orzechami, cukierkami, jednym słowem z łakociami. Na tej babcinej choince wisiały bardzo twarde cukierki, długie, owinięte w srebrną cynfolię. Były okropne w smaku, ale łasowaliśmy z braćmi, ile się dało. Pamiętam prababcię śpiewającą kolędy przy stole i nas, dzieciaki, siedzące w oknie z nosem przylepionym do szyby w oczekiwaniu na pierwszą gwiazdkę. Dopóki widać było na śniegu szary prostokąt po trzepanym dywanie, gwiazdka była daleko. Pachniało makowcem, jedliną i pastą do podłogi. Potem już wigilie spędzałam na zimowiskach, szare potrawy przy szarym stole. Pierwsze po długim okresie kolorowe wspomnienia świąteczne to te już z własnego domu. Pierwsza wigilia ze starszą córką, smutna, bo tuż po wprowadzeniu stanu wojennego. Potem następne, już w większym o młodszą córkę gronie. Obie twierdzą, że jeśli z jakichś powodów nie ma u mnie wigilii, to jakby nie było świąt. W tym roku tak będzie, z różnych powodów zobaczymy się dopiero pierwszego dnia świąt. To będzie kolacja wigilijna, bez barszczu z uszkami bowiem ani rusz.W ramach promocji świątecznej postanowiłam przyrządzić dla brata wyjątkową sałatkę. Dostałam jakimś cudem świeży szpinak, podam go z truskawkami, mozarellą i sosem jogurtowo-żurawinowym. Ale to już obiadowo, jako przystawka razem z granatowym łososiem. Na obiad tradycyjnie miał być indyk z chlebowym nadzieniem, jednakże zdecydowaliśmy się na karkówkę z żurawiną, sama nie wiem dlaczego.

Poszukując wspomnień trafiłam na swoje zdjęcie z dzieciństwa. Nie wiem, ile mam na nim lat: dwa? trzy? Jak widać byłam prawie łysa, podobno do wieku około czterech lat. Te cztery lata nieobecności włosów na mojej głowie najwyraźniej dobrze im zrobiły, włosom moim znaczy, bo teraz lekki nadmiar nawet. Majeczka jest do mnie bardzo podobna, ale od urodzenia z włosami. Jasiek też. Obie moje dziewczyny też jakoś normalnie owłosiały. Tylko ja byłam jakiś odmieniec. Byłam i jestem, no.


piątek, 21 grudnia 2012

Marudzenie przedświąteczne

Ciężki ten przedświąteczny tydzień i obfitujący w wydarzenia niespodziewane. Robimy z córką zakupy na potęgę, byle zdążyć ze wszystkim. Przy okazji gadamy, dużo gadamy. I marzniemy, jako że - 15 było. Jasiek podobno cieszy się, że przyjdzie Mikołaj i babcia Jenia - nie wiem, czym zasłużyłam na bycie tuż za Mikołajem, ale miejsce zacne, więc nie marudzę. Marudzę z całkiem innego powodu. Otóż wracałam wczoraj z pracy Trasą Łazienkowską, którą autobus zwykle jedzie płynnie, bo jest buspass. Wczoraj na chwilę skończyła się płynność jazdy, autobus gwałtownie z jakiegoś powodu zahamował. Miła pani wpadła całym swym ciężarem na mój lewy bark i prawie zemdlałam z bólu. Ktoś mi ustąpił miejsca, ktoś dopytywał, co się stało, a pani pouczyła mnie co zrobić, uprzednio przeprosiwszy rzecz jasna. Okazało się, że pracuje w sekcji BHP, wie zatem, że w takim przypadku należy pójść do lekarza i zgłosić, że uraz nastąpił w drodze z pracy. Podobno można uzyskać odszkodowanie. Tłumaczyłam, że uraz już był, to uderzenie mogło coś ewentualnie naruszyć, ale upierała się, że powinnam to zgłosić. Każdy uraz się powinno zgłaszać. Odpowiedziałam, że nie czuję się urażona i to wywołało uśmiech na jej twarzy. No zgłoszę to, zgłoszę, po świętach. Przy okazji pomyślałam, jak fajni są ludzie, jak życzliwi sobie wzajemnie. Atmosfera w autobusie zrobiła się bardzo sympatyczna, ludziom jakby udzieliła się chęć pomocy. Naprawdę! Nikt nie potrącał staruszków, staruszkowie nie pyszczyli, ten spytał, czy pani nie ciężko z tymi zakupami, bo on może na kolanach potrzymać, inny ustąpił miejsca olśniewającej blondynce. I tak wymyśliłam, że wystarczy iskierka, a zaczyna się udzielać ciepełko. W którejś książce Musierowicz pojawia się idea ESD: Eksperymentalnego Sygnału Dobra. W książce działała, w życiu też działa, jak widać powyżej. Może warto nad tym pomyśleć świątecznie i zacząć się do siebie uśmiechać, nawet bolącymi barkami? 
Zapomniałam z tego wszystkiego, że miałam marudzić. No trudno, pomarudzę innym razem.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Baronowa X. z Chmielnej

Okazją do rozpoczęcia rozmowy było wspólne oczekiwanie na windę i napis umieszczony obok niej: "całkowity zakaz palenia". Pani w wieku mojej mamy, z uśmiechniętą, pomarszczoną duszą na twarzy odpowiedziała na moje "dzień dobry" i nawiązała rozmowę. O paleniu, wskazując napis i mówiąc, że cieszy się widząc takie zakazy, bo jej to już nie dotyczy. I popłynęła opowieść skrząca się barwami lat. Otóż pani paliła przez 50 lat po około 60 papierosów dziennie. Zaczęła w szkole podstawowej. Rzuciła palenie kilka lat temu i cieszy się wolnością, bo, jak mówiła, nikt jej już nie dokucza z powodu palenia i nie wytyka palcami. Wtedy, kiedy wytykano miała dyżurną opowieść. Ona, urodzona w 44 roku na Chmielnej, za sąsiadkę miała baronową X. Baronowa paliła Sporty bez filtra i dożyła lat 93 w zdrowiu. I tym zamykała usta marudzącym o chorobach, niedogodnościach itd. Jak rzuciła palenie? Któregoś wieczoru, przed jakimiś świętami, okazało się, że ma tylko 4 papierosy. Panika (każdy palacz to zna!) w oczach i płucach, natychmiastowe wyjście do kiosku. Niestety w drodze spotkała sąsiadkę z pieskiem, zagadały się i zapomniała papierosów nabyć. Obudziła się w niedzielny poranek około dziewiątej, postanowiła wysłuchać audycji Moniki Olejnik "Siódmy dzień tygodnia" (bo wie pani, ja tego zawsze słucham) i pojechać po papierosy na Dworzec Centralny. Zastanowiła się, bo jak to na Centralny? Przecież tam towarzystwo pań lekkiego autoramentu i złodzieje! Zrezygnowała, podobno popatrzyła na siebie w lustrze i powiedziała sobie tak: popatrz, nie palisz już tyle czasu i żyjesz, znaczy możesz. I to był definitywny koniec jej nałogu. Na szczęście organizm poradził sobie z syndromem nagłego odstawienia nikotyny nadspodziewanie dobrze. I tu popłynęła kolejna opowieść... o skierowaniu do pracy w Szczecinie i uczestnictwie w sekcji zwłok zmarłego włóczęgi. Zmarł po złapaniu go przez milicję i umieszczeniu w więzieniu (jak pani mówiła, wtedy łapano późną jesienią włóczęgów i wsadzano do więzienia na trzy miesiące, by przeżyli zimę) z powodu braku alkoholu w organiźmie. Inny więzień, z lat stalinowskich, tak cierpiał nie mając dostępu do procentów, że błagał o przyniesienie denaturatu z drukarni, w której pracował współwięzień. A współwięźniem był wujek owej starszej pani.  I tak płynęła opowieść, a my stałyśmy przy wejściu do mojego biura, już po podróży windą. Wcale nie miałam ochoty jej przerywać. Słuchałam jej, jakbym czytała książkę. Książkę o wyjątkowej pogodzie ducha. No. I kto mówi, że życie jest bezbarwne?

Wszystkie moje koty

Co pozycja, to propozycja
Ulubione miejsce obserwacji świata

Złodziej sałaty


niedziela, 18 listopada 2012

Wzruszliwie

Wzruszliwy miałam wczoraj wieczór. Po pierwsze Jasiek rzucił się na mnie, jak zaśliniony czołg (to już tradycja chyba) z okrzykiem "babcia Jenia!". Nieodmiennie wprowadza mnie w to w dobry nastrój. Potem zięć popyszczył z troską, że jak jeszcze raz sama pójdę po zakupy, to on mnie... no. Córka opowiedziała, jak Jasiek ryknął zgubiwszy dwie kartki z książeczki, którą zrobiłam mu na Mazurach. Nie dał im spokoju, póki nie znaleźli brakujących stron. A książeczka spoczywa w pudełku razem z papierową żabą (też zrobioną przeze mnie na Mazurach) i urodzinową kartką. Wzruszenie wzruszeniem, ale pomyślałam, że przygotowują zestaw pamiątek po mnie, tak na wszelki wypadek. Zresztą pewnie celowo mnie wzruszają, bo lubią się nade mną znęcać, dranie. Ja, twarda baba, wzruszam się, jak pensjonarka jakaś. Zabawne, jak nie wiem co, prawda? Na szczęście dzieci szybko wyszły, bo miałabym pewnie mokre oczy z powodu tej ich troski o mnie. Tradycyjnie zięć zrobił mi popcorn, a ja wzięłam się za usypianie Jaśka, żeby zużytkować popcorn właściwie, czyli oglądając jakiś film. Tym razem jednak położenie Jaśka spać nie było to łatwe. Opór przed spaniem wychodził mu wszystkimi otworami, szczególnie otworem gębowym. Wyrzucał z siebie zdania z szybkością karabinu maszynowego, na każdy temat. A tematów tym więcej, im mniejsza chęć do spania. W końcu zasnął przytulony do mnie i do zestawu spaniowego (Elmo, dwie małpy i królik). Ponieważ zostałam potraktowana jako część zestawu spaniowego, czyli trzymana tłustą łapką, nic nie wyszło z wieczoru filmowego. Nie miałam chęci się ruszyć. Zasnęłam obok Jaśka z jego łapką na mojej szyi i łapą Elmo w okolicy nosa. 

niedziela, 28 października 2012

Martin Eden

Spotkałam Martina Edena. Siedział w tramwaju, tak po prostu. Nie umiem określić jego wieku. Miał piękną twarz, surową, ogorzałą, toporną. Jasne włosy, takie nijakie kolorystycznie, miał związane w niedbałą kitkę. Duże dłonie nie były czyste czystością metroseksualną, spracowane były. O takich dłoniach mówi się, że są jak bochny chleba z popękaną skórką. W pewnym momencie odezwał się do znajomego siedzącego obok i uśmiechnął się. Wokół zrobiło się ciepło od tego uśmiechu, aż mnie zabolało w duszy. Nie mogłam od niego oderwać wzroku. Pomyślałam, że powinien spotkać swoją Ruth, że powinien zostać kimś wspaniałym. Tyle było w nim siły, miękkości i ciepła. Wgapiałam się w niego tak intensywnie, że zwrócił na to uwagę. I uśmiechnął się do mnie, odśmiechnęłam się, wolno mi. W moim wieku już wolno bezkarnie uśmiechać się do obcych  mężczyzn.
Gangrenka moja )
A za nocnym oknem biało, bajkowo, cudnie. Świetny dzień na pudełkowanie wspomnień.

sobota, 27 października 2012

Pierwszy śnieg

Latają za oknem białe płatki, pierwsze tej zimy. Gangrena jest całkiem zdezorientowana, to jej pierwszy śnieg w życiu. Zaraza patrzy na młodzież z politowaniem i spokojnie tuli się do kaloryfera. A Gangrena szaleje. Macha ogonem ze złości, że nie może tego czegoś białego dosięgnąć, miauczy i prycha z irytacją. Podkręciłam kaloryfery, włożyłam zimowe, ciepłe bambosze i oddaję się spokojnemu lenistwu fizycznemu. Palą się świece o zapachu cynamonu i jabłka, zapaliłam wyszperaną na targu staroci lampkę (sama zrobiłam abażur!), a w kuchni suszą się grzyby. I jest mi dobrze, zwyczajnie dobrze. Żadnych myślowych upiorów, żadne trupy nie wychodzą z szafy. Jest spokojnie, ciepło i zwyczajnie. I niech tak już zostanie.

czwartek, 18 października 2012

*


 www.wspaniali.pl
Przypadkiem trafiłam na tę stronę. Poczytałam i raźniej mi się zrobiło na duszy. Będę tam zaglądać w chwilach zwątpienia, kiedy stara Kornacka się we mnie zalęgnie.Opisane tam historie przywracają mi wiarę w Człowieka.

niedziela, 7 października 2012

Tulijaś

Kilka dni temu, zamawiając nowe książki, powodowana jakimś impulsem kupiłam "Ortografię na wesoło" i "Gramatykę na wesoło", moje gdzieś zaginęły w wichrach przeprowadzek. Impuls okazał się przeczuciem nadchodzących potrzeb. Otóż mój wnuk zaczyna walczyć gramatycznie ze słowami. Koniec z dziecinnym "baba chodź", Pojawiło się niedawno całkiem już dorosłe i poważne "chodź babo"! Jednakże jego ulubionym zwrotem jest "czemu". Jak ja czekałam na tę jego ciekawość wszystkiego... Spędziliśmy wczoraj ze sobą dużo czasu i "czemu" pojawiało się bardzo, bardzo często. 
- Jasieńku, nie biegaj - mówi baba. 
- Czemu nie? 
- Uderzysz się i będzie bolało.
- Czemu bolało?
I tak bez końca. Odpowiedzi mnie nie męczą ani trochę, znów zaczynam wymyślać historyjki uzasadniające czemuwatość zjawisk. Z przyjemnością ogromną. Opowiadam o słońcu, które poszło świecić po drugiej stronie świata, o liściach, które przykrywają ziemię, żeby było jej cieplej w zimie. Wiem, że to nienaukowo i niepoważnie, no wiem. Ale nie potrafię inaczej. 
Nagrodą za moje historyjki jest ciepełko wnuka, jakie wydziela w ilościach hurtowych przytulając się do mnie. Obejmuje mnie tłustymi łapkami za szyję i prawie słyszę, jak mruczy. Taki mały kociak. Córka się trochę martwi, że taki z niego przytulas, że jako facet powinien być twardy. Guzik prawda. Facet powinien być mięciutki, jak mięciutka jest miłość do niego. Kocham swojego wnuka Tulijasia po kokardy. Miękko, po babcinemu kocham.

niedziela, 23 września 2012

Pumpkin

Odkryłam dynię. Nigdy nie jadłam nic dyniowego poza pestkami i nigdy nie robiłam nic dyniowego. Zauważona jednak na straganie dynia tak mnie zauroczyła kolorami, że się nie oparłam i kupiłam. Okazała się skarbem. Z miąższu zrobiłam dyniowe kuleczki w occie, pestki ususzyłam, a korpusik wykorzystałam jako wazon na jesienne kwiaty. Wygląda cudnie. 
Bardzo lubię początek jesieni. Jest wreszcie rześko, no i te kolory... Wczorajszy spacer po parku z wnukiem był w związku z tym wspaniałym przeżyciem. Dużą radość sprawiało mi wędrowanie z małym ludkiem i pokazywanie mu jesiennego świata. Chłonie wszystko, jak gąbka. Córka co prawda miała wątpliwości, czy Jasiek rozumie pojęcie "w kolorze czerwonego wina", ale co tam. Wyglądało, jakby rozumiał. Patrzył na wszystko swoimi brązowymi, jak kasztany oczkami i miał w nich tę świeżą ciekawość, jaką mają chyba tylko dzieci. Kiedy się żegnaliśmy, Jasiek powiedział: baba nie idzie przecież. Baba jednakże poszła i zajęła się dynią. Kiedy do mnie przyjdą oboje, i Majka, i Jasiek, pokażę im kolory jesieni w dyniowym wazonie.

wtorek, 4 września 2012

Wszystkie moje dzieci

Stałam przy kuchni, jak dyplomowany garnkotłuk przez kilka godzin. Dzieci moje bowiem zażyczyły sobie kopytka z bitkami wołowymi. Przygotowanie mięsa to mały pikuś w porównaniu z przygotowaniem kopytek z 5 kg ziemniaków. Tyle bowiem wynosi średnia dla moich zięciów, plus kilka dla mnie na następny dzień. Pożarli wszystko w tak krótkim czasie, że zaczęłam się zastanawiać nad stosunkiem czasu międlenia kluchów do czasu ich znikania. Straszne wnioski wyciągnęłam! Nie wiem, kiedy następny raz dam się namówić na robienie kopytek. Nie zdążyłam zrobić buraczków na ciepło, była zwykła sałatka z pomidorów. I pyszczyli dranie! Skoncentrowali się na braku buraczków, zamiast na wspaniałości smaku kopytek i mięsa. Muszę to przemyśleć. Tym bardziej, że zlekceważyli makaronowe muszle zapiekane ze szpinakiem i fetą. A moim zdaniem były pyszne.
Zawód spowodowany brakiem należytej wdzięczności za jadło odbiłam sobie obserwując wnuki. Świetnie się ze sobą bawią. Aż serce roście, kiedy się na nich patrzy. Niestety, moje koty są innego zdania. Zaraza uciekła przed najazdem wnukohunów do łazienki, a Gangrena schowała się w szafie. Wyszły potem obie przeciągając się z zadowoleniem, z pytaniem widocznym w zielonych i bursztynowych oczach: poszli już? I natychmiast wskoczyły do mojego łóżka, nie kłócąc się nawet o miejsce tym razem.
A ja posprzątałam, pouśmiechałam się do siebie na wspomnienie wszystkich moich dzieci przy jednym stole i z zadowoleniem przeciągnęłam się leniwie zasiadając do książki. Z konieczności powtarzam Folleta, bo pamiętniki Małgorzaty de Valois jeszcze nie nadeszły. A zapowiadają się smakowicie. Margot była jedną z pierwszych feministek. I zapewne, gdyby nie urodzenie w rodzinie królewskiej, spłonęłaby na stosie.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Per aspera

Znalezienie przeze mnie czterolistnej koniczynki zadziałało niespodziewanie. Od dwóch dni jestem w nowym miejscu pracy i przeżywam szok. Taki pozytywny. Okazuje się, że można traktować pracownika, jak człowieka, partnera. Podmiotowo, a nie przedmiotowo. Póki co jest dobrze, choć mój kolega (stary Kornacki) powiedział, że jeśli za rok na pytanie "jak tam?" odpowiem tak samo, jak dziś, wtedy dopiero uwierzy. On też tkwi w jednym miejscu kilka lat i ma podobne do moich odczucia - niechcemisia ma potężnego. Może mój przykład go zdopinguje.
Koniczynka zadziałała też w innych sprawach - moja ranka zaczyna się goić! Tym razem chyba na poważnie i ten ostatni mazurski jej wybryk był ostatnim. Tfu, tfu... przez lewe ramię, rzecz jasna.
W związku z powyższym oraz w związku z ucięciem emocjonalnej smyczy, energii mam tyle, że obdzieliłabym pół dzielnicy. Póki co tylko pół. Wczoraj dałam się bez specjalnych oporów wyciągnąć na oglądanie wozów strażackich i nadwiślańską plażę. Po Wiśle kursuje prom, bardzo chciałam zabrać wnuki na piracką przygodę, niestety ich mamusie zabroniły kategorycznie. Stwierdziłam, że zanikł im duch przygody. Nie umiem opisać spojrzenia, jakim mnie obdarzyły po tym tekście. Młodsza córka obarczyła mnie przy okazji odpowiedzialnością za jej tatuaż, stylizowany napis per aspera ad astra. Powtarzałam jej to podobno do znudzenia. Przy okazji zaczęłyśmy wspominać. I wywiązała się taka oto rozmowa:
- A jaką kolędę śpiewałyście podczas wigilii?
- Lulajże Jezuniu, ja śpiewałam, Ewa tylko grała na pianinie.
- No tak, rzeczywiście. fajne czasy...
- Spójrz na nią, ona coś znowu kombinuje... Mamut, coś wymyśliła znowu?
Nie miałam wyjścia, musiałam powiedzieć.
- Zaśpiewacie mi Lulajże Jezuniu na moim pogrzebie...
- Nie ma sprawy, pod warunkiem, że to będzie w wigilię.
- Mam zdążyć na tegoroczną? Czy poczekacie?
Zięciowie tylko przysłuchiwali się naszej wymianie zdań. W końcu młodszy powiedział do starszego:
- A trzeba nam było wcześniej teściową lepiej poznać...
Westchnęli obaj filozoficznie...
Nieustajaco lubię wszystkie swoje dzieci.

niedziela, 11 marca 2012

Tempus fugit

Córka opowiedziała mi o niedawno przez nią obejrzanym filmie (chyba In time). Fabuła zasadza się na tym, że czas jest jedyną walutą. Ludzie rodzą się z jednakowym jego zasobem, za dobra wszelakie płacą minutami swojego życia. Zapamiętałam, że kawa kosztowała 30 minut, na rzecz sprzedawcy kawy oczywiście. Odpłynęłam myślami w taki świat. Zastanawiałam się na co wydawałabym swój czas. Kolejna refleksja nad podstawowymi wartościami w życiu. O wykorzystaniu czasu, jaki jest człowiekowi dany. Kolejny raz powtórzyłam sobie, że prawdziwą wartość ma dla mnie to, co zostanie, jeśli zabierze mi się wszystko, co posiadam materialnego. Kolejny raz powtórzyłam sobie, że wiele jest rzeczy, które nie są mi do szczęścia potrzebne. Nikt mi nie zabierze czułego spojrzenia moich dzieci, wyciągniętych łapek Majki, żeby wziąć ją na rączki i sprawdzić, co robi Zaraza. Nikt mi nie zabierze zaślinionego dzioba Jaśka. Nikt mi nie zabierze czasu spędzonego z miłością, ciepłem i serdecznością. A ja tego czasu nikomu bym nie oddała, nikomu poza tymi, których kocham. Nie chcę tracić czasu na to, co zbędne, na tych, którzy dla mnie swojego czasu nie mają. Szkoda czasu.

niedziela, 5 lutego 2012

Karczemne szkło


Ten szklany pojemnik (wazon?) stał od wielu lat u mojej koleżanki w pracy. Nigdy wcześniej nie zwracałam na niego uwagi. Jest brzydki, ma okropne złocenia na brzegach i zbyt ciężką podstawę. Ale w żadnym innym moje małe bursztynki nie świecą tak pięknie w słońcu. To zwykłe, karczemne szkło, a daje mi wiele radości. Mam jeszcze jedną karczemną, wysoką szklankę. Przed laty "ukradłam" ją z nieistniejącej już knajpki na Krakowskim Przedmieściu "Siedem grzechów głównych". Wychodząc spytałam pana kelnera, czy mogę ukraść szklankę. Za niewielką opłatą pozwolił ). Miała napis, ale wytarł się już w licznych myciach. Pewnie, ze mogłabym pójść do sklepu i takie karczemne szkło kupić, jest tego sporo. Ale to nie byłoby to samo. Szklanka kosztowała mnie zapytanie kelnera i kilka złotych, ten pojemnik na bursztyn nabyłam za szalik zrobiony przeze mnie dla koleżanki. Lubię tak nabywać przedmioty ). Jak się ociepli powędruję na bazar staroci na Kole w poszukiwaniu szkła karczemnego i dzwoneczków. Może uda mi się też znaleźć podstawę lampy? Abażur zrobię sama, mam już pomysł.

piątek, 3 lutego 2012

Znowu po ortodromie

Najpierw nie było prądu wcale, potem włączyli tylko jedną fazę. Skutecznie mi to uniemożliwia wykonanie wszystkich zaplanowanych prac. Najważniejsze jednak zrobione - podłoga w przedpokoju wycyklinowana (ręcznie, wiertarką!), zaszpachlowana, wyszlifowana i polakierowana. Od razu mi lżej. A ponieważ nabrałam wprawy, latem zrobię to samo w sypialni.
Właściwie zbliżam się pomału do finiszu ). Wreszcie! Po kilku latach doprowadzania mieszkania do normalnego wyglądu po ostatnim życiowym huraganie. Szafki w kuchni (te brakujące) już zaplanowane, trzeba tylko pojechać do marketu i przyciąć na wymiar. Okleić parapet kuchenny korkiem i kuchnia właściwie gotowa. Odświeżę ściany w sypialni, kupię marokański dywanik modlitewny i finisz w sypialni. Ciągle tylko brak mi sekretarzyka, lampy i dzwoneczków. No i stołu do opium. Ale zaczynam mieć tak, jak zawsze marzyłam ). I usiądę w fotelu, i rozbujam się po ortodromie i będę staruszkowi mojemu, jak już się jakiś trafi, czytać książki. No.
Tylko czy ja się nie zacznę wtedy nudzić? )))