Eurydyka
Eurydyka z Małkini
Siebie tylko wini
Za uczuć fiasko.
Logikę babską
Przeklina.
To nie twoja Eurydyko wina.
To Orfeusz
Słabeusz.
Ejaculatio precox
Wystrzelił wrzesień.
Bez uniesień.
Idzie jesień.
Papillon
Papiloty
Starej kokoty
To listy
Artysty,
Który kochał ją mimo brzydoty.
Lirycznie
Napuchły liryką ropuchy,
Nadęły się, pobladły.
I...
W staw prozaicznie wpadły.
Nadobna
Przy nadobnej Zenobii
Żadna konkiety nie zrobi.
Albowiem ona zabiera
Każdego epuzera.
Świerzop
Gdzie bursztynowy świerzop,
Uprawiało dziewczę nierząd.
Gdzie gryka jak śnieg biała
Siedziała dziewczyna i łkała.
Przywiędłe jej bowiem ciało,
Norm unijnych już nie spełniało.
Groszki i róże
Stojąc pod jej oknem
Na wskroś cały moknę.
Bukiet karmazynowych róż
W oczekiwaniu więdnie. Cóż…
Ona nie dba o groszki ni róże,
Patrzeć na mnie nie chce już dłużej.
Zimna z niej suka, do kaduka!
Kiedyś uprawiałam takie zabawy. Teraz uprawiam całkiem inne.
Farfałki czyli rzeczy błahe, drobne, niekonieczne. Teksty tu zamieszczone bez informacji o autorze, są mojego autorstwa i roszczę sobie do nich wyłączne prawo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominajki. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 września 2013
niedziela, 26 sierpnia 2012
Per aspera
Znalezienie przeze mnie czterolistnej koniczynki zadziałało niespodziewanie. Od dwóch dni jestem w nowym miejscu pracy i przeżywam szok. Taki pozytywny. Okazuje się, że można traktować pracownika, jak człowieka, partnera. Podmiotowo, a nie przedmiotowo. Póki co jest dobrze, choć mój kolega (stary Kornacki) powiedział, że jeśli za rok na pytanie "jak tam?" odpowiem tak samo, jak dziś, wtedy dopiero uwierzy. On też tkwi w jednym miejscu kilka lat i ma podobne do moich odczucia - niechcemisia ma potężnego. Może mój przykład go zdopinguje.
Koniczynka zadziałała też w innych sprawach - moja ranka zaczyna się goić! Tym razem chyba na poważnie i ten ostatni mazurski jej wybryk był ostatnim. Tfu, tfu... przez lewe ramię, rzecz jasna.
W związku z powyższym oraz w związku z ucięciem emocjonalnej smyczy, energii mam tyle, że obdzieliłabym pół dzielnicy. Póki co tylko pół. Wczoraj dałam się bez specjalnych oporów wyciągnąć na oglądanie wozów strażackich i nadwiślańską plażę. Po Wiśle kursuje prom, bardzo chciałam zabrać wnuki na piracką przygodę, niestety ich mamusie zabroniły kategorycznie. Stwierdziłam, że zanikł im duch przygody. Nie umiem opisać spojrzenia, jakim mnie obdarzyły po tym tekście. Młodsza córka obarczyła mnie przy okazji odpowiedzialnością za jej tatuaż, stylizowany napis per aspera ad astra. Powtarzałam jej to podobno do znudzenia. Przy okazji zaczęłyśmy wspominać. I wywiązała się taka oto rozmowa:
- A jaką kolędę śpiewałyście podczas wigilii?
- Lulajże Jezuniu, ja śpiewałam, Ewa tylko grała na pianinie.
- No tak, rzeczywiście. fajne czasy...
- Spójrz na nią, ona coś znowu kombinuje... Mamut, coś wymyśliła znowu?
Nie miałam wyjścia, musiałam powiedzieć.
- Zaśpiewacie mi Lulajże Jezuniu na moim pogrzebie...
- Nie ma sprawy, pod warunkiem, że to będzie w wigilię.
- Mam zdążyć na tegoroczną? Czy poczekacie?
Zięciowie tylko przysłuchiwali się naszej wymianie zdań. W końcu młodszy powiedział do starszego:
- A trzeba nam było wcześniej teściową lepiej poznać...
Westchnęli obaj filozoficznie...
Nieustajaco lubię wszystkie swoje dzieci.
Koniczynka zadziałała też w innych sprawach - moja ranka zaczyna się goić! Tym razem chyba na poważnie i ten ostatni mazurski jej wybryk był ostatnim. Tfu, tfu... przez lewe ramię, rzecz jasna.
W związku z powyższym oraz w związku z ucięciem emocjonalnej smyczy, energii mam tyle, że obdzieliłabym pół dzielnicy. Póki co tylko pół. Wczoraj dałam się bez specjalnych oporów wyciągnąć na oglądanie wozów strażackich i nadwiślańską plażę. Po Wiśle kursuje prom, bardzo chciałam zabrać wnuki na piracką przygodę, niestety ich mamusie zabroniły kategorycznie. Stwierdziłam, że zanikł im duch przygody. Nie umiem opisać spojrzenia, jakim mnie obdarzyły po tym tekście. Młodsza córka obarczyła mnie przy okazji odpowiedzialnością za jej tatuaż, stylizowany napis per aspera ad astra. Powtarzałam jej to podobno do znudzenia. Przy okazji zaczęłyśmy wspominać. I wywiązała się taka oto rozmowa:
- A jaką kolędę śpiewałyście podczas wigilii?
- Lulajże Jezuniu, ja śpiewałam, Ewa tylko grała na pianinie.
- No tak, rzeczywiście. fajne czasy...
- Spójrz na nią, ona coś znowu kombinuje... Mamut, coś wymyśliła znowu?
Nie miałam wyjścia, musiałam powiedzieć.
- Zaśpiewacie mi Lulajże Jezuniu na moim pogrzebie...
- Nie ma sprawy, pod warunkiem, że to będzie w wigilię.
- Mam zdążyć na tegoroczną? Czy poczekacie?
Zięciowie tylko przysłuchiwali się naszej wymianie zdań. W końcu młodszy powiedział do starszego:
- A trzeba nam było wcześniej teściową lepiej poznać...
Westchnęli obaj filozoficznie...
Nieustajaco lubię wszystkie swoje dzieci.
sobota, 25 lutego 2012
Długobroda Teliga
W farwaterze księżyca Opty dziób swój zanurza... Tak zaczynał się hymn mojej szkoły podstawowej. Szkoła nosiła imię Leonida Teligi i od momentu nadania imienia zaczęto budować tradycje żeglarskie. Powstała harcerska drużyna żeglarska, która była dumą i ozdobą każdej szkolnej uroczystości. Mieliśmy twarzowe mundury, granatowe z wykładanym kołnierzem i staraliśmy się chodzić "marynarskim" krokiem. Zabawnie to zapewne wyglądało, ale wtedy my czuliśmy się jakoś wyróżnieni. Najlepiej wychodziło to koledze Waldemarowi, cudnemu młodzieńcowi o czarnych włosach opadających na ramiona i błękitnych oczach. On też najczęściej nosił buczek przeciwmgielny i buczał nim z werwą, medialny był. Ale to było od święta, codziennością zaś były zajęcia na jakimś strychu z instruktorem, "na sucho". Najpierw opanowanie podręcznika, potem zajęcia w Harcerskim Ośrodku Wodnym przy skrobaniu łodzi, wreszcie pierwsze zajęcia praktyczne na Zalewie Zegrzyńskim. Chrzest nowicjusza to było posadzenie delikwenta na skrzynce mieczowej (ci, co siedzieli, wiedzą, jak boli) przy podejściu do brzegu. Wstawałam o piątej rano, by dojechać nad Zalew, chciało mi się. Zresztą bardzo o nas, dziewczyny, dbano w drużynie (było nas aż dwie!) zapewniając nam wyżywienie i rozrywki typu opieka męskiego ramienia. Byłyśmy pod swego rodzaju ochroną, przyjacielską ochroną. Mimo iż niewiele pamiętam z tych czasów, węzeł ratowniczy do dziś potrafiłabym zawiązać bez namysłu. Powspominałam przy okazji czytania "Samotnego rejsu Opty". Tak jak przed laty, czytając marzyłam o samotnej wyprawie, nic się nie zmieniło.
W farwaterze księżyca Opty dziób swój zanurza
Czasem gnębi go cisza
Częściej straszy go burza
A w kabinie zamknięta, jak w swej muszli ostryga
Siedzi zła i zmarznięta długobroda Teliga
/nie wiem czy dobrze pamiętam tekst, melodia "Pod żaglami Zawiszy", tekst L.Teligi/
W farwaterze księżyca Opty dziób swój zanurza
Czasem gnębi go cisza
Częściej straszy go burza
A w kabinie zamknięta, jak w swej muszli ostryga
Siedzi zła i zmarznięta długobroda Teliga
/nie wiem czy dobrze pamiętam tekst, melodia "Pod żaglami Zawiszy", tekst L.Teligi/
niedziela, 25 grudnia 2011
Po wsze czasy
Stół wigilijny w tym roku nie był suto zastawiony, niemniej jednak było przy nim tłoczno. Pojawiło się bowiem dwóch dodatkowych, nieprzewidzianych gości. Jedzenia jednak wystarczyło dla wszystkich, najszybciej zniknęły pierogi z kapustą i grzybami. Opłaciło się ich lepienie po nocy. Przyjemnie było patrzeć, jak wcinają ). Zięć młodszy, jak zwykle, dostał prezent z przesłaniem - bandycką kominiarkę. Przyzwyczajony już do takich prezentów spytał tylko: a gdzie reszta zestawu napadowego? Mądry chłopak, przewiduje co dostanie w przyszłym roku. Majeczka na prezenty zareagowała cudnie. Zobaczywszy Elmo stanęła i śmiejąc się klaskała w tłuste łapki. Pozostałą część wieczoru nie wypuszczała go z rąk, co jakiś czas łapiąc go za nos i krzycząc: Eeee! Nauczyła się już posługiwać kredką, zasmarowuje niesamowitą ilość kartek swoimi "picassami", dostała więc też tablicę do rysowania. Tablica, jak prawie wszystkie zabawki dzisiaj, świeci i gra. Na szczęście jej podstawowy atut - możliwość pisania - pozostał niezmieniony. Siedzieliśmy przy stole do późna gadając i śmiejąc się do wypęku. A potem nadszedł moment, który bardzo lubię. Goście wyszli, posprzątałam i mogłam położyć się w pachnącej świeżością pościeli, z nową książką. Czuć jeszcze wtedy świąteczną atmosferę, ale już bez zgiełku. W domu pachnie pomarańczami, goździkami i cynamonem. I choinką. Myślałam sobie, ile pamiętam takich wieczorów i ile ich jeszcze przede mną. Przypominałam sobie pierwsze wigilie z moimi córkami, ich zachwyt nad udekorowanym drzewkiem i ich radość na widok prezentów, niczym nieskrępowaną radość z drobiazgów, ale danych z sercem. Nie z takich prezentów, co to wypada, albo mogą się przydać. Chyba zawsze dawaliśmy sobie prezenty "z przesłaniem", jak to określa mój zięć. Świadczyły zawsze o życzliwości, cieple i co najważniejsze, były przemyślane, nie na "odczep się". Nie musiały mieć żadnej wartości materialnej, miały za to zawsze ogromny ładunek emocjonalny. I tak będzie po wsze czasy. Albowiem kocham wszystkie moje dzieci po kokardy i daję im to, co mam w sobie - swoje emocje, uczucia, z materialnym drobiazgiem w załączeniu.
piątek, 9 grudnia 2011
Odpływają ... bary mleczne
Jeden z niewielu barów mlecznych w Warszawie "Prasowy" przestał istnieć. Od kilku dni na drzwiach wisi tabliczka "likwidacja". Ktoś dopisał na niej "urzędasy zapłacicie". Nie znam powodu zamknięcia baru, ale znajdował się w atrakcyjnej okolicy, więc pewnie za jakiś czas pojawi się informacja, że lokal jest do wynajęcia. Co prawda lokal obok, w którym kiedyś mieścił się "chińczyk" od wielu miesięcy stoi pusty, może ten sam los spotka "Prasowy"? Czynsz pewnie wysoki, a jako że tuż obok jest restauracja Magdy Gessler... noblesse oblige. Żal tylko świetnych leniwych i buraczków zasmażanych, za niewiarygodnie niską cenę.
Bary mleczne to kawałek mojego dzieciństwa i młodości. Do "Alpejskiego" na Międzynarodowej chodziłam na szklankę soku z marchwi, do tego na Grochowskiej (nie pamiętam nazwy) na kaszę gryczaną ze skwarkami. Szkoda, że coraz rzadziej widać na stołach ceratę i plastikowe kwiatki w wazoniku, aluminiowe sztućce. Coraz rzadziej słychać donośne "leniwe prrroooszę odbiera!" albo "rrrruskie rrraz!". Odpływają bary mleczne w niebyt ku żalowi stołowników. Jako i oni kiedyś w niebyt odpłyną. Pozostaną Starbucksy, KFC, PizzaHut i inne wymyślne miejsca z kuchnią fusion z nowymi stołownikami, którzy nie znają już smaku leniwych. No żal.
Bary mleczne to kawałek mojego dzieciństwa i młodości. Do "Alpejskiego" na Międzynarodowej chodziłam na szklankę soku z marchwi, do tego na Grochowskiej (nie pamiętam nazwy) na kaszę gryczaną ze skwarkami. Szkoda, że coraz rzadziej widać na stołach ceratę i plastikowe kwiatki w wazoniku, aluminiowe sztućce. Coraz rzadziej słychać donośne "leniwe prrroooszę odbiera!" albo "rrrruskie rrraz!". Odpływają bary mleczne w niebyt ku żalowi stołowników. Jako i oni kiedyś w niebyt odpłyną. Pozostaną Starbucksy, KFC, PizzaHut i inne wymyślne miejsca z kuchnią fusion z nowymi stołownikami, którzy nie znają już smaku leniwych. No żal.
poniedziałek, 19 września 2011
Przechył
Nigdy tak nie próbowałam, ale za balast zdarzało się robić, oj zdarzało. Choć najgorzej wspominam stanie na dziobie i wypatrywanie kamieni na którymś z mazurskich kanałów. Po ortodromie się nie dało. Trzymałam się kurczowo foka i modliłam, żeby mnie nie zwiało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)