Zwyczajny piątek. Po pracy odbierałam zamówioną w antykwariacie na Krakowskim Przedmieściu książkę. Tuż przed Uniwersytetem autobus skręcił w prawo, niespodzianie dość. Wjazd w Krakowskie okazał się być zablokowany przez policję. Pomyślałam, że to może w związku z COP-em i zaraz odblokują. Niestety. Trzeba było wysiąść gdzieś na tyłach pomnika Kopernika, gdzie kierowca dotarł ledwo się wyrabiając w wąskich uliczkach. Trudno, stąd daleko już nie miałam, poszłam pieszo.
Odbierałam książkę w zupełnie pustym antykwariacie, a zwykle jest tam przynajmniej kilka osób, to dość popularne miejsce. Wszedł pan, zdjął czapkę prezentując łysinę, ale zupełnie nic mi to nie dało do myślenia. Słysząc wycie samochodów policyjnych i straży (wyją inaczej!) spytałam, czy tam się coś dzieje.
- Demonstracja - odburknął.
- Nie wie Pan jaka? Bo nie wiem, czy uciekać czy się przyłączyć... - zagadałam przyjaźnie.
Wzruszył ramionami i zdjął plecaczek. Na plecaczku było godło Legii. No to zamknęłam buzię i doszłam do wniosku, że tym razem to nie prawdziwi Polacy będą demonstrować.
Wzięłam ciężkie tomiszcze w rękę i nieustraszenie wyszłam na ulicę. Pojawiła mi się myśl, że za Emilię Plater może będę miała okazję robić i pierś ma zafalowała radośnie. Jakby co, mam się przecież czym bronić, książka okazała i swoje waży.
Przed Uniwersytetem mnóstwo młodzieży i policji. Przyjaźnie zresztą z Policją gawędzącej (w różnych językach!). Tłum ruszający spod pomnika Kopernika widziałam tylko z tyłu, pojęcia nie miałam, komu oni jadą. Nie wzięłam więc udziału, postanowiłam pieszo przejść się Krakowskim do Placu Zamkowego i tam wsiąść w tramwaj. Wtedy zadzwonił zięciunio młodszy, że emergency, że muszę szybko do nich przyjechać. Kurcgalopkiem Plac Zamkowy osiągnęłam pobijając chyba wszystkie swoje życiowe rekordy. Dojechałam na czas na szczęście, by spędzić długi i uroczy wieczór z wnuczką.
Okazało się, że mimochodem byłam świadkiem:
a) ewakuacji Uniwersytetu z powodu zagrożenia bombowego
b) wylęgania się Marszu przeciwko Marszom Niepodległości Narodowców
c) płaczu wnuczki z powodu wyjścia babci do domu (około 23)
To był długi wieczór.
Farfałki czyli rzeczy błahe, drobne, niekonieczne. Teksty tu zamieszczone bez informacji o autorze, są mojego autorstwa i roszczę sobie do nich wyłączne prawo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje miasto. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 listopada 2013
czwartek, 29 sierpnia 2013
Zapiski z podróży krótkobieżnych
Trafił mi się dzisiaj wyjątkowy współjechacz autobusowy. Było miejsce, to sobie siadłam, ale jakoś mi było ciasno, a przecież ostatnio mniej się mnie zrobiło. Ki diabeł? Spojrzałam obok, a tam rozparty siedział sobie typowy ABS-ik (absolutny brak szyi), napakowany jak plecak globtrotera. Na miejscu, w którym zwykli ludzie mają szyję wisiał mu łańcuch złoty, subtelny jak Armia Radziecka w Berlinie. Fryzura też typowa, czyli jej brak. Niedogolony i, sądząc po woni, niedomyty kilkudniowo. Obie solidnych rozmiarów nóżki miał rozwarte pod dużym kątem, toteż o moje zawadzał. Usunęłam się lekko w bok. Kąt rozwarcia mu się powiększył. No to ja znów w bok. I znów kąt rozwarcia u ABS-a większy. Korciło mnie, żeby nogi sobie na szyję założyć tylko po to, by się przekonać ile stopni rozwarcia się panu uda osiągnąć. Puknąć pana swoją nóżką nie chciałam, bo jeszcze by uznał za zaczepkę, toteż przesiadłam się, kiedy tylko mogłam. Wtedy pan wyciągnął był sobie gazetę, odpowiednią pomiętą. Od razu było widać, że używana, a nie na pokaz noszona. Jakiś przegląd sportowy to chyba był, bo widziałam dużo panów w jednakowych ubrankach na zielonym tle. Czytał sobie spokojnie, potem ziewnął (też niezły kąt rozwarcia paszczy miał!) i dłubnął w zębie z cmoknięciem. Przyznam, że dość zachłannie się przyglądałam, z ciekawością, co jeszcze zrobi. Czytanie chyba go mocno zmęczyło, bo główka mu opadła i rozległo się pojedyncze chrapnięcie. Wysiadłam na swoim przystanku niezaspokojona wrażeniowo.
niedziela, 21 lipca 2013
Zawartość warszawiaka w warszawianinie
Żaden warszawiak od pokoleń nie powie o sobie, że jest warszawianinem. Tak mówią o sobie tylko słoiki. Słoiki, czyli ludność napływowa charakteryzująca się brzękiem słoików w walizkach, gdy wracają w niedzielne popołudnie ze wsi i miasteczek do miasta dającego im możliwość pracy. Nie każdy jednakże słoik jest taki sam. Dzielą się oni na weki (zasiedziali wieloletnio) i twisty (świeżo przybyli). To ci ostatni podobno są zmorą stolicy, jak wieść stołeczna głosi. Podatków w Warszawie nie płacą, rozjeżdżają jej ulice samochodami rejestrowanymi "u siebie", nie rekompensując owego rozjeżdżania opłatami drogowymi uiszczanymi w Warszawie. Parkingi zapychają, a prawdziwi warszawiacy miejsca wolnego do parkowania znaleźć nie mogą. Wystarczy przejść od jednej przecznicy do drugiej w mojej okolicy - ponad połowa to rejestracje o egzotycznych numerach: LUB, KNS, LZA, NSZ itd. To słoiki zapychają drogi wyjazdowe ze stolicy w piątki po południu lub walą walizkami po nogach pasażerów komunikacji miejskiej w piątkowe poranki.
Jak to zwykle neofici, słoiki chcą być bardziej warszawskie od warszawiaków. Chcą korzystać z uroków i udogodnień związanych z miastem, ale nie dając w zamian. W końcu są gośćmi, a gościom się należy. Są jak stonka, wszędzie ich pełno. Nie dziwi więc fakt, że konkurs na neon-symbol warszawski wybrano słoiki, w końcu jest ich tak dużo, że przegłosowali ludność rdzenną.
Kilka lat temu kolega opowiadał mi historię, która zdarzyła się w Zakopanem. Do jego znajomego, ortopedy w zakopiańskim szpitalu, zgłosił się jakiś narciarski połamaniec i od wejścia zajęczał: jestem z warszawy. Ortopeda ze stoickim spokojem spytał: a co poza tym panu dolega? Ten, któremu dolegało, to na pewno był słoik! Żaden warszawiak nie przedstawiałby się w taki sposób, przecież, że on z Warszawy, to widać, słychać i czuć!
Jako dziecko jeździłam na kolonie w różne strony Polski i zwykle cicho siedziałam nie uwypuklając miejsca zamieszkania, nigdy warszawiacy nie cieszyli się dobrą opinią, a ja nie chciałam być od pierwszego kopa stygmatyzowana. Dorosłą już będąc, pracowałam jako wychowawca na kolonii dla dzieci ze Śląska, przez przypadek. I na zakończenie turnusu dostałam od nich jakąś książkę na pamiątkę z tekstem: pani z Warszawy, ale fajna pani jest. No i jak tu się przyznawać, że się jest z Warszawy? Teraz tym bardziej, bo jeszcze za słoika wezmą, albo co. Ciężkie życie ma rdzenny warszawiak, oj ciężkie.Sąsiedzi - słoiki, koledzy w pracy - słoiki, moja przyjaciółka - słoiczka (co prawda wek, ale zawsze).
Gdzie są warszawiacy, te orły, sokoły stołeczne? Wynieśli się w większości do miejscowości podmiejskich: Piaseczna, Józefosławia, Komorowa, Podkowy Leśnej itd. Tam jest teraz wielki świat.
wtorek, 14 maja 2013
Widziałam orła cień
Dziewczę siedzące w autobusie było młode i ładne.Miało modną "bieberowską" grzywkę - sczesane na jedną stronę włosy z połowy głowy, trzymające się na drugiej połowie wbrew prawom fizyki, czyli dzięki tonie lakieru do włosów. Umalowane dziewczę było też modnie: blada twarzyczka, wyraźnie podkreślone oczy z długaśnymi rzęsami. Wyglądało dziewczę jednakże, jak zmoknięte, wystraszone ptaszysko. Duża główka schowana w wątłe ramionka, cienkie nóżki odziane w rurkowate spodnie, na nogach chyba baleriny. Ptasi efekt potęgowało górne wdzianko: jakiś szeroki kołnierz okalający twarz. W rachitycznych rączynach zakończonych długimi, szczupłymi palcami dziewczę miało modny czytnik e-booków i zerkało w niego czasem, kiedy skończyło się przyglądać swoim paznokciom pięknie na krwawo pomalowanym. (choć ani razu nie przerzuciło strony w czytniku, a nasza wspólna podróż trwała kilka przystanków). Na bladej twarzyczce grymas niezadowolenia, usteczka zasmarowane błyszczykiem i wydęte pogardą dla otoczenia. Uśmiechnęłam się do niej na przekór, jeszcze bardziej zapadła się w swoje okołnierzowane ramionka, jeszcze mocniej wydęła usteczka. Ikona stylu, ptasiakrew.
środa, 6 marca 2013
Najjaśniejsza strona mocy
Spotkałam Rob Roya. W autobusie oczywiście. Stał sobie i patrzył przez okno, jak zwyczajny człowiek. Kiedy spojrzał na mnie, nogi się prawie pode mną ugięły. Uosobienie ciepła, łagodnej stanowczości, uczciwości... kawał porządnego człowieka, najprawdziwszy mężczyzna, w moim pojęciu rzecz jasna. Kawał, bo miał chyba ze dwa metry tej męskości, zielonkawe oczy i ciemne włosy. Rob Roy, Qui-Gonn Jinn, najjaśniejsza strona mocy. Popatrzyłam sobie z przyjemnością.
piątek, 11 stycznia 2013
Zapiski z podróży krótkobieżnych
Młodzieniec miał niebieskie oczy patrzące zimno spod wydatnych łuków brwiowych. Mocno zaciskał wąskie usta, siedział wyprostowany, sztywny. Gdyby nie mrugał powiekami, wyglądałby jak sklepowy manekin przez przypadek posadzony w autobusie. Siedzący obok chłopak zagadywał go, często zadając pytania, czy też domagając się potwierdzenia. Sztywny młodzieniec ani drgnął. Od czasu do czasu tylko wykonywał, jakby od niechcenia, przeczący ruch głową. Całym sobą krzyczał: 1. jestem ponad 2. nie wiem, jak się zachować. Wyglądał jak typowy neurotyk nieumiejący lub bojący się pokazać jakiekolwiek emocje. Emocje drgnęły mu dopiero, gdy obok niego stanął chłopak z widoczną po rozszczepie podniebienia blizną i nieco gamoniowatym wyrazem twarzy. Wtedy sztywny młodzieniec zaśmiał się krótko i wrednie, pokazując wspaniałe, lśniące bielą zęby. Następnie wstał i poszedł w drugi koniec autobusu.
Dwie świergolące dziewczątka w wieku późnomaturalnym gawędziły beztrosko o czymś najwidoczniej wesołym, bo w zachłyśnięciu osiągały wysokie C. Trzepotały, czym się dało: włosami, rzęsami, rękoma i językami. Równie beztrosko, jak rozmawiały, uderzały w rozświergoleniu plecaczkami stojące za nimi osoby. Osoby zaprotestowały i zostały uraczone porcją chichotliwego świergotu typu: a co to panu/pani przeszkadza?
Pan miał rzymski profil i całkiem bielą siwe włosy przy młodej, może czterdziestoletniej twarzy. Siedział niewzruszenie obserwując autobusową menażerię. Czasem tylko, słysząc co wyższe tony świergolących, uśmiechał się pod rzymskim nosem. Miałam wrażenie, że kiedy wstanie, okaże się posągiem co najmniej Oktawiana.
Siwiuśka staruszka w filcowym kapelutku z równie filcowym kwiatkiem oglądała sobie świat za szybą, postukując czasem laską. Miała piękną twarz, całą w mimicznych zmarszczkach, delikatną, jak papier ryżowy, prawie przezroczystą. Przyjemnie było na nią patrzeć.
niedziela, 30 grudnia 2012
Pokusa
Podkusiło mnie, nie wiem co, ale mocno podkusiło. Skorzystałam z rady zamieszczonej w jednym ze starych poradników gospodarstwa domowego, nieco tylko modyfikując i zrobiłam mieszankę płynu do zmywania i octu. Rewelacyjny środek do mycia wszystkiego! Niech się schowają te markowe i niemarkowe, wyczyściłam wszystkie plamy na drzwiczkach szafek, doczyściłam piekarnik, podłogę. Zadziałało, jak diabli. Nie przewidziałam jednego, otóż ocet posiada zapach, bardzo charakterystyczny i trwały, jak się okazało. Mimo wietrzenia wciąż go czuję. Kojarzy mi się z nieprzyjemnymi rzeczami. Otóż dzieckiem będąc podłapałam na jakiejś kolonii wszy. Chyba octem myto mi włosy, w każdym razie śmierdziało dokładnie tak samo. Nieprzyjemne skojarzenie.
A moja Zaraza tkliwie nihiluje w niewielkim pudełku. Poskładała się, jak scyzoryk i śpi pomrukując z zadowolenia.
Update:
Zapach octu był tak trudny do wytrzymania, że otworzyłam okna i wybrałam się na spacer w kierunku Portu Praskiego. Starej Pragi mi się zachciało, no. Na jednej z uliczek natknęłam się na trzech młodzieńców w wieku i stanie mocno poborowym. Ubrani oczywiście w dresy, kaptury na głowie, miny groźne, jak nazistów z Indiany Jonesa. I te ruchy... Chód marynarza wód słodkich (tylko palce stóp szeroko skierowane na zewnątrz), kołysanie barków, jak przyczajone tygrysy, ukryte smoki. Jak im się udawało taki efekt rozkołysania osiągnąć trzymając ręce w kieszeni, to ja nie mam pojęcia. Ale widok był przedni. Komentowali każdą przechodzącą młodą dziewczynę, im bardziej obcisłe miała spodnie, tym większy zachwyt młodzieńców nad podwoziem rzeczonej damy. Na pewno to uczniowie jakiejś szkoły samochodowej, słownictwo bowiem mieli do perfekcji opanowane. Z zachwytem patrzyłam na ich ruchy, te kocie ruchy. Bezpiecznie patrzyłam, bowiem nie wyglądali na zainteresowanych podwoziami roczników mocno dawnych.
Wracałam już tramwajem, nachodziłam się trochę. Na którymś z przystanków ktoś za mną usiadł. Słyszałam, bo solidnie wciągnął katar prawie mlaszcząc. Mam wrażenie, że mu smakowało. Ponieważ zaprzestał wciągania, oddałam się wspominaniu młodzieńców słodkich wód. Tramwaj na którymś przystanku stał nieco dłużej. I wtedy ten smakosz z tylnego siedzenia rozwinął swój kunszt oratorski! Poleciały słowa powszechnie używane za obelżywe w takiej ilości, że nie nadążałam zapamiętywać. Kilka z nich jednak mi mocno utkwiło, może dlatego, że słyszałam je pierwszy raz w życiu. Oto one: jedź wreszcie na ch...a pana! Będziesz tak tu, ...., stał jak Sobieski pod Wiedniem, .....? Ty f...cie peklowany! Drugi Kubica, ....., się znalazł! (kropki to użyte przekleństwa tak popularne, że nie ma sensu cytować). Podziwiałam inwencję twórczą pana, mimo więdnięcia uszu. I nie wiedziałam, czy chichotać, czy święcie się oburzyć. Wybrałam trzecie wyjście: mój przystanek, więc wysiadłam dyskretnie się oglądając. Chciałam poznać oblicze tak kreatywnej osoby. I się rozczarowałam: żadem marynarz słodkowodny, nawet kaptura nie miał. Zwyczajny, jasnowłosy, bezbarwny chłopaczek.
środa, 14 listopada 2012
Zniknięte sklepy, nie tylko cynamonowe
W mojej okolicy zniknął kolejny sklepik. Najpierw zamknięto dziuplę z warzywami, podobno ze względu na drastyczną podwyżkę czynszu (teraz jest tam zakład pogrzebowy). Kolejnym znikniętym stało się miejsce, gdzie "mydło i powidło". Jeśli zapomniało się czegoś podstawowego, to pozostał tylko jeden, też "mydło i powidło", ale z alkoholem. Ten pierwszy zamienił się w sklep wyspecjalizowany w alkoholu, ten drugi w second hand. Jeszcze jeden, w którym najpierw były warzywa, później rajstopy, sprzedaje teraz tani tytoń, tutki, bibułki i inne utensylia papierosowe. Wszystkie z powodu podwyżki czynszów zmieniły asortyment. Rozumiem, że można zarobić na alkoholu i pogrzebie, na warzywach już niekoniecznie.
Zastanawiałam się nad przyczyną. W okolicy jest Biedronka i Markpol, ale świeże warzywa są tam tylko z nazwy. Te warzywniaki były jedynymi miejscami, gdzie można było kupić dobrą kapustę na gołąbki, ziemniaki polskie, a nie hiszpańskie i ogórki, pomidory itp. Teraz po warzywa muszę iść (właściwie jechać) na oddalony o trzy przystanki tramwajowe bazarek. Niedawno dowiedziałam się, że i ów bazarek zniknie. Na jego miejscu powstanie nowoczesny apartamentowiec. Dziwnie się z tym czuję, brak mi bowiem znanych od lat miejsc, w których robiłam zakupy. Jednakże podobno tak wygląda świat, więc pewnie jestem jakimś reliktem minionej epoki, mamutem, jak mówią moje dzieci.
Zastanawiałam się nad przyczyną. W okolicy jest Biedronka i Markpol, ale świeże warzywa są tam tylko z nazwy. Te warzywniaki były jedynymi miejscami, gdzie można było kupić dobrą kapustę na gołąbki, ziemniaki polskie, a nie hiszpańskie i ogórki, pomidory itp. Teraz po warzywa muszę iść (właściwie jechać) na oddalony o trzy przystanki tramwajowe bazarek. Niedawno dowiedziałam się, że i ów bazarek zniknie. Na jego miejscu powstanie nowoczesny apartamentowiec. Dziwnie się z tym czuję, brak mi bowiem znanych od lat miejsc, w których robiłam zakupy. Jednakże podobno tak wygląda świat, więc pewnie jestem jakimś reliktem minionej epoki, mamutem, jak mówią moje dzieci.
piątek, 26 października 2012
Histeria
Pan Tomek jest od "pajacyków", pan Janusz od "hitlerków", a pan Bartek od "żabki". Uf. Każdy z nich ma inną koncepcję na renowację moich barków. Każdy z nich jest miły i próbuje mnie rozbawić. Wczoraj jednakże to ja rozbawiłam pana Tomka. Za kotarą, w pomieszczeniu do krioterapii odbywał się, jak się zorientowałam z odgłosów, masaż. Pani masowana wydawała z siebie sapnięcia i pomruki, pan masujący dawał wskazówki typu: proszę podnieść nóżkę, wdech - wydech, jedziemy dalej. Ponieważ niedawno oglądałam niezły film "Histeria" skojarzenie samo mi się skojarzyło. I zachichotałam sama do siebie. Pan Tomek parskając na mnie zimnem z plastikowej rury spytał, co się stało. W obawie, czy nie robi mi krzywdy, rzecz jasna. No to powiedziałam, że mam skojarzenia z filmem "Histeria". Nie oglądał, więc wytłumaczyłam pokrótce, że to humorystyczna dość historia wynalezienia wibratora, w celu leczenia kobiecych histerii i melancholii. Od tej chwili chichotaliśmy razem przy co celniejszych odgłosach za ścianą. I obiecał, że film obejrzy.
Rekonstruuję się w mojej przychodni na Krzywym Kole, z przyjemnością potem wracam przez staromiejski rynek i wąskie uliczki. Właśnie zmieniają na większości z nich nawierzchnię, będzie bardziej europejsko. A Kamienne Schodki mijam bez emocji. I bardzo dobrze, no.
poniedziałek, 15 października 2012
Podsłuchowisko
Autobus zatrzymał się na przystanku w okolicy dawnego bazaru stadionowego. Dziś kręcą się tam ludzie sprzedający tanie papierosy, zapewne z przemytu. Ludzie ci mają smagła cerę i mokre, wschodnie oczy. Są dość natrętni sprzedając, nagabując każdego przechodnia i każdego oczekującego na przystanku. Straży miejskiej, tak chętnie kontrolującej babcie z pietruszką, ani widu, ani słychu. Na tym przystanku wsiadałam do autobusu. W pobliżu wejścia siedziały dwie starsze, nobliwie wyglądające panie. Rozmawiały tak głośno, że nie sposób było ich nie słyszeć.
- A Polakom nie pozwalają zarabiać. Gnębią podatkami, nie pozwalają pracować.
Druga pani odpowiedziała coś niezrozumiałego.
- Trzeba gonić szwaba i żyda! To przez nich wszystko.
- Ciii... nie mów tak głośno.
- Mogę mówić, jak mi się podoba, jestem u siebie, w swoim kraju. Gudłaje tu rządzą, dlatego tak jest.
- No,słyszałam w radio. Ktoś rządowi proponował trumny z Włoch, za darmo. Odmówili, wiesz dlaczego? Bo rząd potrzebuje faktury. Woleli wydać tyle pieniędzy, naszych pieniędzy, podatników.
- Bo tu żydzi rządzą, wszystkim rządzą. Dlatego Polakom jest tak źle.
Jestem pewna, że słowo "żydzi" pani wymawiała przez "rz", z taką pogardą o tym mówiła. W głosach obu pań było tak dużo złości i nienawiści, że zrobiło mi się nijako. Przyznam, że pierwszy raz słyszałam na własne uszy to, o czym czytałam tylko do tej pory. Panie wysiadły na przystanku przy kościele, jak wielu innych pasażerów. Nie wiem dlaczego byłam przekonana, że tam właśnie zmierzają.
Inna zasłyszana rozmowa, bardzo optymistyczna dla równowagi.
Pan rozmawiał przez telefon, też na tyle głośno, że słyszałam wyraźnie. Siedział za mną, więc nie wiem, jak wyglądał.
- Leżałem trzy tygodnie, jak król jakiś.
- Tak, już mnie wypuścili, i tak przetrzymali mnie tam.
- Już tak nie boli, wszystko się zrosło.
- Słuchaj, leżałem w sali z takim jednym. Obiecał mi pracę, przy stróżowaniu.
- Nie, nie mogę od razu. Jak będę miał na nockę, to nie będę przecież spał na ławce, noclegownia otwarta do rana tylko. Teraz dostanę rentę, wypłacą mi za trzy miesiące od razu, jakieś 1 500 zł, wynajmę sobie jakiś pokój. I wreszcie będę żył, jak człowiek, wreszcie!
Pan wysiadł z tramwaju wciąż rozmawiając. W jego głosie była radość, entuzjazm, nadzieja. Aż zrobiło mi się lżej na duszy.
środa, 1 sierpnia 2012
Powstanie
30 lipca 1944 roku, kilkakrotnie w ciągu dnia, radiostacja Kościuszko działająca w okolicach Moskwy nadała następujący komunikat:
„Warszawa drży w posadach od ryku dział. Wojska radzieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się do Pragi. Nadchodzą, aby przynieść nam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłowali bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku burzyli wszystko przez sześć dni. Wymordowali tysiące naszych braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć tego samego w Warszawie. Ludu Warszawy! Do broni! Niech cała ludność stanie murem wokół Krajowej rady narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności Warszawy niech stanie się milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność.”
Jednym z pracowników tejże radiostacji był Jakub Berman.
31 lipca Delegat Rządu na Kraj, Jan Stanisław Jankowski, pod naciskiem generała "Bora" Komorowskiego wydał decyzję o rozpoczęciu powstania następnego dnia, czyli 1 sierpnia 1944 r.
Podczas trwającego 63 dni powstanie zginęło około 16 tysięcy powstańców, około 20 tysięcy zostało rannych. Do niewoli trafiło około 15 tysięcy. Straty ludności cywilnej to około 200 tysięcy zabitych.
Nie chcę oceniać powstania warszawskiego w żaden sposób. Wiem jedno - jego bohaterom, zarówno wojskowym, jak i cywilnym, należy się szacunek i pamięć. Natomiast zupełnie nie rozumiem powstaniowej histerii. Gra komputerowa o powstaniu warszawskim, pokazy multimedialne, inscenizacje z udziałem dzieci i dla dzieci. Nie rozumiem i już. Przydałaby się odrobina rozsądku.
„Warszawa drży w posadach od ryku dział. Wojska radzieckie nacierają gwałtownie i zbliżają się do Pragi. Nadchodzą, aby przynieść nam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą usiłowali bronić się w Warszawie. Zechcą zniszczyć wszystko. W Białymstoku burzyli wszystko przez sześć dni. Wymordowali tysiące naszych braci. Uczyńmy, co tylko w naszej mocy, by nie zdołali powtórzyć tego samego w Warszawie. Ludu Warszawy! Do broni! Niech cała ludność stanie murem wokół Krajowej rady narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności Warszawy niech stanie się milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność.”
Jednym z pracowników tejże radiostacji był Jakub Berman.
31 lipca Delegat Rządu na Kraj, Jan Stanisław Jankowski, pod naciskiem generała "Bora" Komorowskiego wydał decyzję o rozpoczęciu powstania następnego dnia, czyli 1 sierpnia 1944 r.
Podczas trwającego 63 dni powstanie zginęło około 16 tysięcy powstańców, około 20 tysięcy zostało rannych. Do niewoli trafiło około 15 tysięcy. Straty ludności cywilnej to około 200 tysięcy zabitych.
Nie chcę oceniać powstania warszawskiego w żaden sposób. Wiem jedno - jego bohaterom, zarówno wojskowym, jak i cywilnym, należy się szacunek i pamięć. Natomiast zupełnie nie rozumiem powstaniowej histerii. Gra komputerowa o powstaniu warszawskim, pokazy multimedialne, inscenizacje z udziałem dzieci i dla dzieci. Nie rozumiem i już. Przydałaby się odrobina rozsądku.
wtorek, 31 lipca 2012
Dlaczego nie teraz?
Agentka szatana, zwana Madonną, postanowiła na złą drogę sprowadzić młodzież polską. Poprzednio jej koncert miał się odbyć 15 sierpnia, czyli w święto kościolne wniebowstąpienia czy wzięcia. W tym roku w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Wstydu kobieta nie ma! Jak można tak złośliwie w dni ważne i krwią polską uświęcone goły tyłek na scenie pokazywać?
Kilka dat (wybiórczo), kiedy nie powinna się na polskiej ziemi owa wszetecznica zjawiać ze swoim spektaklem szatańskiego zła:
23 stycznia 1793 - II rozbiór Polski
28 stycznia 1573 - konfederacja warszawska
15 lutego 1386 - chrzest Jagiełły
19 lutego 1846 - rzeź galicyjska
3 marca 1919 - utworzenie Kurii Biskupiej Wojsk Polskich
9 kwietnia 1241 - bitwa pod Legnicą
11 kwietnia 1079 - śmierć św. Stanisława
14 kwietnia 966 - chrzest Mieszka I
18 kwietnia 1025 - koronacja Bolesława Chrobrego
23 kwietnia 997 - śmierć św.Wojciecha
12 maja 1935 - śmierć Piłsudskiego
17 czerwca 1025 - śmierć Bolesława Chrobrego
5 lipca 1610 - bitwa pod Kłuszynem
15 lipca 1410 - bitwa pod Grunwaldem
5 sierpnia - I rozbiór Polski
14 sierpnia 1919 - założenie klubu piłkarskiego Ruch Radzionków
16 - 17 sierpnia 1919 - powstanie śląskie
6 września 1253 - kanonizacja św. Stanisława
Tak można w nieskończoność, prawda?
Krucjata Młodych na swojej stronie internetowej nawołuje do modlitwy w intencji: "o odwołanie koncertu piosenkarki Madonny oraz jako wynagrodzenie Niepokalanemu Sercu NMP za zniewagi przeciwko Niemu wyrządzone". O godz. 18 w dniu koncertu ma się rozpocząć w Warszawie wspólny różaniec, aby zadośćuczynić i wynagrodzić. I w ogóle.
I nawet komentować mi się nie chce.
Kilka dat (wybiórczo), kiedy nie powinna się na polskiej ziemi owa wszetecznica zjawiać ze swoim spektaklem szatańskiego zła:
23 stycznia 1793 - II rozbiór Polski
28 stycznia 1573 - konfederacja warszawska
15 lutego 1386 - chrzest Jagiełły
19 lutego 1846 - rzeź galicyjska
3 marca 1919 - utworzenie Kurii Biskupiej Wojsk Polskich
9 kwietnia 1241 - bitwa pod Legnicą
11 kwietnia 1079 - śmierć św. Stanisława
14 kwietnia 966 - chrzest Mieszka I
18 kwietnia 1025 - koronacja Bolesława Chrobrego
23 kwietnia 997 - śmierć św.Wojciecha
12 maja 1935 - śmierć Piłsudskiego
17 czerwca 1025 - śmierć Bolesława Chrobrego
5 lipca 1610 - bitwa pod Kłuszynem
15 lipca 1410 - bitwa pod Grunwaldem
5 sierpnia - I rozbiór Polski
14 sierpnia 1919 - założenie klubu piłkarskiego Ruch Radzionków
16 - 17 sierpnia 1919 - powstanie śląskie
6 września 1253 - kanonizacja św. Stanisława
Tak można w nieskończoność, prawda?
Krucjata Młodych na swojej stronie internetowej nawołuje do modlitwy w intencji: "o odwołanie koncertu piosenkarki Madonny oraz jako wynagrodzenie Niepokalanemu Sercu NMP za zniewagi przeciwko Niemu wyrządzone". O godz. 18 w dniu koncertu ma się rozpocząć w Warszawie wspólny różaniec, aby zadośćuczynić i wynagrodzić. I w ogóle.
I nawet komentować mi się nie chce.
niedziela, 15 lipca 2012
Biedny miś...
Spłonął miś! Nie byle jaki miś, a barejowski, ten co to mu oczko odpadło temu misiu. Stał sobie miś spokojnie na Bemowie, a ktoś ciemną nocą, podstępnie i skrycie podpalił misia. I tak miś został zdradzony o świcie, by nie szargać pomnikowej świętości i nie robić konkurencji misiom świebodzińskim, smoleńskim i innym podobnym. Nie będą nam tu wraże misie PRL-owskie krajobrazu bogoojczyźnianego zaśmiecać swoją słomą i absurdalnym spojrzeniem. Ot co.
środa, 21 grudnia 2011
Bar wzięty?
Bar mleczny Prasowy na kilka godzin stał się znów sobą. Otóż przedwczoraj grupa młodych ludzi postanowiła wziąć bar w swoje ręce i przez kilka godzin (do przybycia policji) sprzedawano w nim własnoręcznie wykonane naleśniki, pierogi, leniwe. Ludzie przynieśli ze sobą całe wyposażenie: obrusy, talerze, sztućce i jedzenie. Sprzedawano za "co łaska". Policja kazała wszystkim opuścić lokal i bar znów pogrążył się w ciemnościach.
Wczorajszym popołudniem przed Prasowym stało kilku młodych ludzi zbierając podpisy pod petycją w jego obronie. Z przyjemnością się pod nią podpisałam. Istniejąca obok ekskluzywna restauracja Magdy Gessler nigdy nie miała tylu klientów, co Prasowy. A to powinno władzom miasta dać do myślenia.
Wczorajszym popołudniem przed Prasowym stało kilku młodych ludzi zbierając podpisy pod petycją w jego obronie. Z przyjemnością się pod nią podpisałam. Istniejąca obok ekskluzywna restauracja Magdy Gessler nigdy nie miała tylu klientów, co Prasowy. A to powinno władzom miasta dać do myślenia.
piątek, 9 grudnia 2011
Odpływają ... bary mleczne
Jeden z niewielu barów mlecznych w Warszawie "Prasowy" przestał istnieć. Od kilku dni na drzwiach wisi tabliczka "likwidacja". Ktoś dopisał na niej "urzędasy zapłacicie". Nie znam powodu zamknięcia baru, ale znajdował się w atrakcyjnej okolicy, więc pewnie za jakiś czas pojawi się informacja, że lokal jest do wynajęcia. Co prawda lokal obok, w którym kiedyś mieścił się "chińczyk" od wielu miesięcy stoi pusty, może ten sam los spotka "Prasowy"? Czynsz pewnie wysoki, a jako że tuż obok jest restauracja Magdy Gessler... noblesse oblige. Żal tylko świetnych leniwych i buraczków zasmażanych, za niewiarygodnie niską cenę.
Bary mleczne to kawałek mojego dzieciństwa i młodości. Do "Alpejskiego" na Międzynarodowej chodziłam na szklankę soku z marchwi, do tego na Grochowskiej (nie pamiętam nazwy) na kaszę gryczaną ze skwarkami. Szkoda, że coraz rzadziej widać na stołach ceratę i plastikowe kwiatki w wazoniku, aluminiowe sztućce. Coraz rzadziej słychać donośne "leniwe prrroooszę odbiera!" albo "rrrruskie rrraz!". Odpływają bary mleczne w niebyt ku żalowi stołowników. Jako i oni kiedyś w niebyt odpłyną. Pozostaną Starbucksy, KFC, PizzaHut i inne wymyślne miejsca z kuchnią fusion z nowymi stołownikami, którzy nie znają już smaku leniwych. No żal.
Bary mleczne to kawałek mojego dzieciństwa i młodości. Do "Alpejskiego" na Międzynarodowej chodziłam na szklankę soku z marchwi, do tego na Grochowskiej (nie pamiętam nazwy) na kaszę gryczaną ze skwarkami. Szkoda, że coraz rzadziej widać na stołach ceratę i plastikowe kwiatki w wazoniku, aluminiowe sztućce. Coraz rzadziej słychać donośne "leniwe prrroooszę odbiera!" albo "rrrruskie rrraz!". Odpływają bary mleczne w niebyt ku żalowi stołowników. Jako i oni kiedyś w niebyt odpłyną. Pozostaną Starbucksy, KFC, PizzaHut i inne wymyślne miejsca z kuchnią fusion z nowymi stołownikami, którzy nie znają już smaku leniwych. No żal.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
