Ubawiłam się. Po kokardy. Otóż koleżanka po pobycie w SPA opowiedziała przygodę, jaka spotkała ją w drodze (nie pamiętam do czy z). Jechała sobie busem z osobą towarzyszącą miło i komfortowo spędzając czas. Siedząca za nią kobieta, o wyjątkowo drażniącym koleżankę timbrze głosu wyjęła komórkę i już jej nie schowała. Rozmowa za rozmową, niemalże krzycząc - jak opowiadała koleżanka z pasją w błękitnych oczętach. I ona, koleżanka znaczy, ta chodząca cierpliwość, nie wytrzymała i kobiecie uwagę zwróciła: proszę pani, to nie jest pani biuro i pani nam rozmowami przeszkadza. Dodała coś o braku znajomości zasad dobrego wychowania, bo przecież należy szanować innych i takie tam. Brak empatii u innych latał po pokoju na wysokości sufitu niemal.Pokiwałam głową ze zrozumieniem, wszak wiem, jak to jest być tym nieposzanowanym bliźnim. Nie śmiałam jednakże skomentować wiedząc, co stanie się za chwilę. I rzeczywiście, stało się. Po narzekaniu na brak empatii u innych koleżanka spokojnie, jak każdego dnia kilkakrotnie, wyjęła swój telefon komórkowy i zaczęła zwykłą rozmowę ze swoim przyjacielem. Gruchała, śmiała się wdzięcznie wyginając kibić, a śmiała się głosem głębokim, jak studnia. I tak około 40 minut. Czyli norma. Następna sesja za dwie-trzy godziny. Empatia zawisła pod sufitem i już tam została. Znaczy, jej biuro, to sobie może powisieć, gdzie chce i ile chce.
Farfałki czyli rzeczy błahe, drobne, niekonieczne. Teksty tu zamieszczone bez informacji o autorze, są mojego autorstwa i roszczę sobie do nich wyłączne prawo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stara Kornacka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stara Kornacka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 grudnia 2013
wtorek, 24 września 2013
Ratowanie budżetu
Zaczęło się od ratowania budżetu. Przejęci gnębiącym kraj kryzysem i powiększającą się dziurą budżetową postanowiliśmy ratować, jak się da i co się da. Wymyśliliśmy, że opodatkujemy (na zasadzie dobrowolności zalecanej) współpracujące z nami jednostki organizacyjne. Różnej one są wielkości, więc nikt nie może być uprzywilejowany. Zatem dobrowolny mandacik na każde 10 zatrudnionych osób. To powinno załatać dziurę budżetową, poprawić skuteczność wykrywania przestępstw oraz statystyki policyjne, strażomiejskie i inne. To, że przyczynimy się do poprawy sytuacji finansowej kraju, wydatnie poprawiło nam nastroje popsute przez świadomość jutrzejszego spotkania z Ważnymi Gośćmi. Spotkanie ja przygotowywałam, konsultując się z kolegami, ale udziału w nim nie wezmę, albowiem kaszlę dość obficie i mogłabym obrady zakłócić. Kiedy już wychodziliśmy kończąc pracę, mojemu koledze błysnęło w oku. Spojrzałam na niego pytająco, bo choć młody on jest, to miewa całkiem dobre pomysły. No to wymyślił.
- Słuchaj, ty powinnaś iść na to jutrzejsze spotkanie - wypalił.
Początkowo podeszłam do sprawy profesjonalnie i odpowiedziałam:
- No co ty, zakasłałabym Ważnych Gości.
- No i o to właśnie chodzi. Jak ich zakaszlesz, to nic nie uchwalą.
Gwoli wyjaśnienia: nie podobają się nam ewentualne ustalenia z jutrzejszego spotkania, bo dołożą nam one pracy.
- Szef mi nie pozwoli - marudziłam konsekwentnie.
- Pozwoli, on cię lubi, to pozwoli, jak poprosisz. Tylko musisz ładnie poprosić.
- Wiesz, właściwie, to ja mogę jeszcze wdzięcznie zemdleć, co mi szkodzi - poddałam się.
Kolega wyraźnie się ucieszył.
- No, wreszcie jakiś pomysł. Ty zemdlejesz, oni rzucą się ciebie ratować i ustalenia mamy z głowy.
- Resssssussssscytacja - zaświszczała koleżanka.
To mnie otrzeźwiło.
- Nic z tego. Żadnych omdleń i resuscytacji nie będzie.
- Może nie wszyscy tam będą mieli wąsy? - z nadzieją dodał kolega. Chciał mnie pocieszyć, jak sądzę.
Koleżanka też się włączyła w akcję pocieszania, bo nieśmiało wybąkała:
- Wiesz, ja tylko ćwiczyłam trudne słowo "resuscytacja"...
W związku z powyższym nigdy więcej nie będę się przejmować dziurą budżetową.
środa, 31 lipca 2013
Molestowanie nieletnich
Dorastałam w czasach, kiedy gazety nie pisały o pedofilii, molestowaniu i innych podobnych świństwach. Podobno wtedy takie zjawiska nie występowały. A ja wciąż, po tak wielu latach, pamiętam to, co spotkało mnie, kilkuletnią i kilkunastoletnią.
Przypadek pierwszy: odwiedzałam z mamą krawcową, która mieszkała w jakiejś starej kamienicy na trzecim chyba piętrze. Szłyśmy po schodach, za nami jakiś pan. Pan chciał nas chyba wyminąć na tych schodach, ale mama uderzyła go torebką i szybko pobiegła ze mną na górę. Kiedy mnie pytano, czy coś widziałam odpowiadałam, że chyba koszula panu ze spodni wyszła, bo miał tam coś jasnego. Dziś wiem, że pan się zwyczajnie obnażał, nie wiem w jakim celu.
Przypadek drugi: w domu, w którym mieszkałam na dole mieścił się zakład fryzjerski. Tuż obok bramy. Codziennie przechodziłam tamtędy idąc do szkoły. Pan fryzjer był łysy i miał jakieś ciemne brodawki na twarzy. Dziś powiedziałabym, że przypominał mi jakiegoś polskiego aktora, taki łysy Emil Karewicz, nie pamiętam nazwiska. Tylko całkiem łysy, ta łysina błyszcząca i brodawki. Pan fryzjer miał w zwyczaju stać w drzwiach zakładu i obleśnie patrzeć. Wtedy nie wiedziałam, że to było obleśne spojrzenie. Wiem, że czułam strach, którego nikt z dorosłych nie rozumiał.
Przypadek trzeci: wracałam ze spaceru z psem. Za mną do klatki wszedł jakiś mężczyzna. Spytał mnie, czy wiem, gdzie ktoś tam mieszka. Nie wiedziałam oczywiście. Zaczął ze mną rozmowę o psach, że on ma pieska i że można te pieski zapoznać, żeby były małe pieseczki. Nie podobała mi się ta rozmowa, ale że byłam już wtedy grzeczna, przeprosiłam, że nie mogę rozmawiać, że się spieszę. Wtedy pan chyba krzyknął albo bardzo dosadnie zapytał: nigdy nie widziałaś, jak się rodzice p...? Słowa nie znałam, ale czułam, że to coś strasznego.
Przypadek czwarty: pan kioskarz, znany mi od dziecka, a miałam już wtedy kilkanaście lat, bo zaczynałam się rozwijać. Rosły mi piersi, czego się bardzo wstydziłam. Kupowałam u pana kioskarza zawsze papierosy dla mamy i Żagle dla siebie - przychodziło niewiele egzemplarzy i on mi zostawiał pod ladą, po znajomości. Któregoś dnia poprosił, żebym weszła do środka, bo nie chce, żeby inni widzieli, że sprzedaje spod lady. Weszłam, bo przecież to był dobrze mi znany od wielu lat kioskarz. Wtedy powiedział coś o moich piersiach i wyciągnął rękę, żeby ich dotknąć. Uciekłam i nigdy więcej nie kupowałam w tym kiosku.
Pewnie cztery przypadki na kilkanaście lat życia dziecka to niewiele. I wcale nie były to takie straszne przypadki. Mogłam przecież zostać zgwałcona. Zostawiło to jednak w mojej pamięci jakiś ślad, skoro po tylu latach to pamiętam, jakby zdarzyło się wczoraj. Mówiłam o tym dorosłym, nikt mnie nie ostrzegał, nie próbował powiedzieć, jak się zachowywać w takich sytuacjach. A ja czułam się za każdym razem brudna i nienawidziłam własnego ciała, brzydziłam się siebie. W trzech ostatnich przypadkach, oczywiście. W tym pierwszym byłam za mała, żeby sobie z czegokolwiek zdawać sprawę. Teraz już nikt mnie nie molestuje spojrzeniami, ale wciąż noszę spodnie lub długie spódnice, nie maluję się, nie noszę zbyt kolorowych ubrań. Może to właśnie dlatego? Wtedy nikt mi nie wytłumaczył, że to nie moja wina, że to ci mężczyźni byli wstrętni i nie wolno im było robić takich rzeczy. Nie wolno im było wkraczać w świat dziecka ze swoimi brudnymi myślami i czynami.
Dlatego, kiedy słyszę lub czytam, że wychowanie seksualne jest w szkołach niepotrzebne, to mnie trzęsie. Jest potrzebne, żeby choćby uświadomić dziewczynkom i chłopcom, co się z nimi dzieje, kiedy dojrzewają i jak sobie radzić z przypadkami molestowania. Jest potrzebne, żeby uświadomić chłopcom, że kobieta nie jest przedmiotem do zaspakajania ich potrzeb. Że nie jest jedynie depozytariuszką cennego męskiego nasienia. Że to nie ubiór prowokuje gwałty. Że ma pełne prawo żądać od dorosłych pomocy, kiedy ktoś narusza dziecięcą intymność choćby słowem.
Wzburzyłam się.
Dlatego, kiedy słyszę lub czytam, że wychowanie seksualne jest w szkołach niepotrzebne, to mnie trzęsie. Jest potrzebne, żeby choćby uświadomić dziewczynkom i chłopcom, co się z nimi dzieje, kiedy dojrzewają i jak sobie radzić z przypadkami molestowania. Jest potrzebne, żeby uświadomić chłopcom, że kobieta nie jest przedmiotem do zaspakajania ich potrzeb. Że nie jest jedynie depozytariuszką cennego męskiego nasienia. Że to nie ubiór prowokuje gwałty. Że ma pełne prawo żądać od dorosłych pomocy, kiedy ktoś narusza dziecięcą intymność choćby słowem.
Wzburzyłam się.
czwartek, 11 lipca 2013
Ulewamiś
Ulewa mi się wszystkimi możliwymi drogami na hipokryzję i relatywizm moralny. Spać po nocach nie mogę, w dzień nosi mnie, jak po pustym sklepie mięsnym z lat osiemdziesiątych. Ciśnienie mi skacze, żołądek się buntuje. A jak rzucę okiem w stronę współczynnika Giniego, robi się jeszcze gorzej. Niby wiem, że takie tempora, że wszystko się zmienia, bo na tym polega ewolucja, niby wiem. Jednak czemuś telepie.
Czytam wywody świętszych od papieża hierarchów naszych i czkawki dostaję. Swoją drogą nowy papież budzi mój podziw, o ile prawdą jest, co głosi i co zamierza. Jedzie po przepychu biskupim, jak po łysej kobyle i chwała mu za to, choć nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Raczej jego zmienią.
Patrzę na rodzimych przedsiębiorczych krezusów, co to patriotycznie majątki lokują w innych krajach i wymądrzają się, gdzie Polska powinna inwestować. Niedawno kolega w pracy mnie uświadomił, skąd taka popularność międzynarodowych korporacji: otóż w różnych krajach różnie wygląda rok rozliczeniowy. Jeśli zatem działa się w wielu, można środki przerzucać dowolnie (a kreatywny księgowy potrafi), nieodmiennie wykazując zysk niewielki lub jego brak. A ja, naiwna, myślałam, że tu o ułatwienia dla ludzi chodzi.
Gospodarka liberalna zaczyna przypominać rodzący się kapitalizm w epoce powstawania manufaktur. Wtedy jednakże jakiś Marks, jakiś Engels knuli po kawiarniach i pubach, jak zabrać najbogatszym na korzyść biednych. Teraz chyba już nikt nie knuje, bo nikogo z biedniejszych na kawiarnie nie stać. Co prawda rodzi się w szarej masie frustracja i powstają ruchy oburzonych, ale bez powodzenia protestują. Po jakimś czasie z oburzonych stają się odurzonymi (gazem łzawiącym rozpylanym przez legalnie, demokratycznie wybraną władzę najczęściej) i dają spokój. Zysk nade wszystko. Kto nie przynosi zysku nie ma prawa godnie żyć w świecie pełnym demokratycznych frazesów, hipokryzji i zdziczenia człowieczeństwa.
Nasz kraj równa do najlepszych. Niedawno przeczytałam, że mamy 117 ministrów i ich zastępców, dzięki czemu jesteśmy na pierwszym miejscu w Europie pod względem ilości ministrów. A takie Niemcy mając 80 mln ludności, mają ministrów połowę mniej. Co prawda głośno rząd nasz krzyczy, że należy "odchudzić" administrację. Zapewne powołując do tego celu kolejnego ministra wraz z jego dworem, który zwolni urzędników zwykłych, by miejsce dla wyższej kadry kierowniczej zrobić.
Nie mają pracy młodzi, nie mają pracy starsi, a urzędy pracy powinny być sprywatyzowane, by stały się efektywne. Biurokracja (czyli wdrażanie unijnych procedur) kwitnie, jak kąkol w zdrowym łanie społeczeństwa. Przesadziłam z tym zdrowym, służba zdrowia, ta już w większości sprywatyzowana, też niewydolna, zatem społeczeństwo mało zdrowe. Tym bardziej różne kąkole się plenią.
Kościół ogłosił wyniki spisu powszechnego biorących udział w niedzielnych mszach - aż 40% katolików uczestniczy. Jeśli przyjąć, że 95% społeczeństwa to katolicy, to wynik zaiste imponujący. Pozostałe 5% uciska wierzących i kłody im pod nogi rzuca. Dlatego też ojciec toruński nie zaprzestanie marszów w obronie, choć koncesję na multiplex dostał. Ale obrotny jest, powód znajdzie, bo on maszerować lubi i już. Taki jeden ex minister, co pod garniturem sutannę nosi, krzyczy wielkim głosem, że OFE rząd chce nam zabrać. Rząd? A czyż on nie był częścią tego rządu jeszcze niedawno? Nie przypominam sobie, by na OFE pyszczył, skupiał się na obronie polskich zarodków przed zakusami niemieckimi podśpiewując pod nosem: zarodków naszych Niemiec nie będzie nam germanił. Teraz, startując w wyborach na szefa jedynej słusznej partii, krzyczy święto...bliwym głosem.
Dobrze, że lato i w razie czego napchawszy się szczawiem można się położyć na dowolnie wybranym boku pod palmą. Najlepiej pod tą na Rondzie de Gaulle'a.
Osobiście to mnie się chce na Pitcairn, natychmiast. Stara jestem, tam molestują tylko nieletnie, to mnie nie ruszą.
poniedziałek, 8 lipca 2013
Nie przepadam
Na ławce w parku siedzi mała, śliczna dziewczynka i metodycznie rwie na strzępy pluszowego misia. Przechodzący opodal pan pyta z troską w głosie:
- Dziewczynko, nie lubisz zwierzątek?
Dziewczynka odpowiada spod ślicznego dziewczęcego łba patrząc zawzięcie:
- Ja i za ludźmi nie przepadam...
Jeden z moich ulubionych dowcipów. Przypomniał mi się po przeczytaniu na jakimś blogu tekstu o wrednych, starszych ludziach domagających się ustąpienia miejsca w tramwaju, czy autobusie. W sposób bezczelny się domagających przy pomocy podwórkowej łaciny. Autorka, sądząc z deklaracji młoda osoba, jest oburzona, jak można się domagać czegokolwiek w taki brzydki sposób i pyta, zapewne retorycznie, skąd się tacy złośliwi, bezczelni staruszkowie biorą. Otóż wyrastają ze złośliwych, bezczelnych młodych osób, nieprawdaż? Już starożytni mawiali, że czym skorupka za młodu itd. Inna blogerka pisze o tabunach starych ludzi okupujących krzesła w poczekalniach do lekarzy. Podobno dlatego, że nie mają co z czasem robić. Posiedzi taki staruszek w kolejce, zabierze miejsce należne młodemu po to tylko, żeby sobie godzinę z lekarzem pogadać o starych Polakach. Zapewne na nic taki staruszek nie choruje, do lekarza tupta w ramach rozrywki li tylko i jedynie. Jeszcze ktoś inny żali się, że stada starych ludzi w godzinach szczytu podróżują komunikacją miejską, jakby nie mogli poczekać, aż młodsi dojadą, gdzie potrzebują. A najlepiej to niech staruszkowie siedzą w domu, bo po co mają się szwendać publicznie. Starość jest taka nieestetyczna.
Ulewa mi się, jak klasycznej starej Kornackiej, jak złośliwej, bezczelnej staruszce, w dodatku okupującej miejsca w poczekalniach do lekarza nagminnie. Li tylko i jedynie dla przyjemności, rzecz jasna. Bo ja za ludźmi nie przepadam...
niedziela, 23 czerwca 2013
"Męskie" widzenie świata
Świat, jaki jest, każdy widzi. Ale niektórzy widzą inaczej. Otóż jeden z posłów (tzw. pasikoników, czyli zmieniających partie szybciej, niż rękawiczki) użalał się niedawno w Superstacji, że posłanki (oraz jedna pani poseł i jedna ministra) chodzą, jak Whoopi Goldberg w Uwierz w ducha. Znaczy, jak grenadier chodzą, bez wdzięku i bez kołysania kuperkami. A powinny kołysać... tfu, znaczy powinny podkreślać swoją figurę, nie łazić w garniturach i zapięte pod szyję. I nauczyć się chodzić w szpilkach powinny, koniecznie! Ten sam poseł jakiś czas temu miał wypowiedzieć się na temat związków partnerskich. I się wypowiedział, psiakrewka. Stwierdził, że w modzie mamy do czynienia z promocją homoseksualizmu. Mianowicie modelki mają walory męskie (brak kobiecej figury, zdaniem posła), a nie kobiece. No, to już wiadomo, jak świat widzi męska część sejmu naszego. Przez pryzmat płci widzi. A taka pisłanka Pawłowicz, to co jest? Kobieton? Jej się jakoś nie czepiają za brak wdzięku.
A pewien biskup, czepia się katolickiej uczelni. Za co się czepia? Ano za gender, bo to antychrześcijańska ideologia i nie przystoi. Biskupi w dużej ilości czepiają się jakiegoś księdza, bo prawdę o klerze mówi. Papież o ubóstwie księży prawi, a biskup od gender tłumaczy, że on o ubóstwie duchowym... Jeszcze by parafianie zrozumieli dosłownie i zaczęli się proboszczów czepiać, że zbyt wypasionymi samochodami jeżdżą. A wszak to kościół ma na czepianie się monopol. Kościół i satelity. Bo oto wykład profesora Baumana zakłóciły bojówki prawicowe wyzywając go od lewaków i skandując antywszystko hasła. Tym razem krzyczeli ortograficznie poprawnie. Kilka dni temu bowiem ogromnie rozbawił mnie transparent niesiony, chyba podczas Parady Równości, przez młodzież wszechprawicową: Chcemy męszczyzn, a nie cioty. Transparent niosło kilku panów. No, jeśli oni głośno krzyczą, że chcą męszczyzn... O tempora, o mores! Prawicowy elektorat chce być przeleciany przez niedokształconych macho? Ciota to przynajmniej wykształciuch, a taki męszczyzna, to popierdółka jakaś dyslektyczna, albo co. Kiepski gust ma nasza prawica. O guście lewicy innym razem.
środa, 29 maja 2013
Szelmutka
Takie kobiety, jak ona, dziewiętnastowieczny pan nazwałby szelmutką. Patrząc na nią przez monokl cmoknąłby z uznaniem "ot, bestyjka". Pani ma toczone nóżki, chętnie pokazuje je nosząc spódniczki maksymalnie 10 cm przed kolanko. Czerwone paznokietki, delikatny makijaż i roztrzepana fryzurka - starannie wyreżyserowana. Rusza się dość energicznie, z gracją i ADHD. Prowokuje każdym ruchem i gestem, mówi ciałem: oto ja, taka mala. Flirtuje na potęgę, aczkolwiek, jej zdaniem, nie przekraczając granic. Godzinami potrafi rozmawiać przez telefon, śmiejąc się wdzięcznie i przeginając nieco zaokrągloną kibić, by obserwujący mieli na co popatrzeć. Jest tak ujmująco słodka we wszystkich wypowiedziach, że tort z kremem wydaje się być przy niej gorzki, jak piołun. Na jej biurku stoją jej zdjęcia w pozach ukazujących pełnię jej wdzięków i święte obrazki. Mówi dużo i dość szybko. W każdej rozmowie, nawet służbowej, kokietuje rozmówcę. Rozpływa się cała, gdy ktoś komplementuje jej wygląd, kompetencje, cokolwiek. Pozornie nigdy nie mówi nic złego o współpracownikach, czasem tylko napomknie: popełnił/a błąd, ale przecież nie chciał/a, miał/a dobre intencje. Dla kobiet irytująca, dla mężczyzn zachwycająca. Ot, bestyjka.
Kobieta idealna na biurowe, nudne poranki. Rozgrzeje panów, wkurzy koleżanki.
sobota, 25 maja 2013
Rzecz o naszych smutnych dziwkach
Marsz Szmat - wydarzenie organizowane od 2011 r. jako protest przeciwko usprawiedliwianiu przemocy wobec kobiet ich ubiorem, czy zachowaniem. To taka seksualna za słona zupa, krótko mówiąc. Najlepiej charakteryzujące ideę hasło moim zdaniem to: nie ucz córki, jak uniknąć gwałtu, ale ucz syna nie gwałcić. Jasny, prosty przekaz, choć mocno przerysowany w wymowie. I oczywiście, na całym świecie wzbudza kontrowersje. Bo przecież kobieta ubrana wyzywająco sama się prosi, bo jak pokazuje kawałek biustu, to znaczy, że chce pokazać i resztę. Komentarze internautów pod informacjami o Marszu były żenujące, niektóre oczywiście. Jak dla mnie, tych żenujących było zbyt dużo. Całkiem sporo komentarzy, w których wskazywano na ofiarę jako przyczynę gwałtu, pochodziło również od kobiet. Nie ma się im co dziwić, skoro złotousta harpia polskiej prawicy, dziewica ostrołęcka nauki wydała z siebie taką opinię. Jak już rozwarła ust swych korale, to ich zamknąć nie mogła, tak się rozentuzjazmowała. Dziwki, szmaty i inne takie perełki sypały się z jej dzióbka, jak przed wieprza, którym był redaktor Kuźniar. Na wstępie zażyczyła sobie, by mówić do niej pani poseł, nie pani posłanko. Ki diabeł? Na Annę Grodzką narzeka, a sama z tożsamością płciową ma problem? Ale niech jej będzie, posłanką nie będzie nazywana. Jednakże zbyt wiele trzeciorzędnych cech płciowych baby z magla pokazuje, by panią poseł ją nazywać, ja ją zatem będę nazywać panią pisłanką. Wracając do słowotoku pani pisłanki... narzuciła Kuźniarowi bycie chłopem, na którym robi wrażenie widok gołej baby (nieśmiało próbował babę wymienić na kobietę) , wszystkie biorące w Marszu osoby nazwała szmatami, a niektóre nawet szmatami z biustem, którego by się ona, pisłanka, pokazywać publicznie wstydziła. Wysłuchałam jej wywodów do końca, acz z trudem. I zamyśliłam się potem głęboko. Profesor prawa, były wykładowca m.in. Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego, obecnie wykładowca Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Ostrołęce, używa z pełną świadomością takiego słownictwa i robi to bezkarnie. Równie świadomie i bezkarnie nazywa ofiary przyczyną gwałtu, rozgrzeszając tym samym przemoc. W jakim kraju ja żyję? Jakiś poseł z mównicy uświadamia obecne w sejmie dzieci, że żeby się mogła urodzić siostrzyczka lub braciszek, to wiele z nich musi zginąć ( o zarodkach in vitro), w jakimś mieście wojewódzkim władze nawołują publicznie do wzięcia przez szkoły udziału w marszu solidarnych z życiem poczętym, jakiś biskup hoduje daniele na działce przekazanej za psi grosz na cele sakralne, episkopat zajmuje się włączeniem religii do przedmiotów maturalnych jednocześnie odsyłając ofiary księży pedofilów na Berdyczów. Jakie w końcu jest to moje państwo? Świeckie i demokratyczne, czy wyznaniowe i zakłamane?
poniedziałek, 6 maja 2013
Nieprzyjemnostki
Co mi dziś w nocy spędziło sen z powiek? Trzy rzeczy: po pierwsze wczorajsza dyskusja z bratową i zięciem na temat ogródków działkowych. Obecnie obowiązuje ustawa, która została przez TK uznana za niezgodną z prawem, a rząd został zobowiązany do jej zmiany. Miał na to rok i sześć miesięcy, termin upływa w lipcu. Podobno jest już projekt rządowy, nazywany deweloperskim, czyli dający gminom prawo do swobodnego dysponowania terenami działkowymi bez prawa do odszkodowania w razie ich likwidacji. Obecna ustawa gwarantuje działkowcom, oprócz odszkodowania, przydzielenie innego terenu, na którym mogliby odtworzyć działkę zabraną pod inwestycję, którą gmina uzna za konieczną. Rządowy projekt ustawy nie wspomina o terenie zastępczym ani słowa. Działki tworzono w miejscach, które wtedy były na obrzeżach miasta, były to nikomu niepotrzebne tereny. Duża część z nich znajduje się teraz prawie w środku miasta. I tu jest problem. Są to atrakcyjne grunta z punktu widzenia gmin, sprzedając je gmina zarobi całkiem sporo. To, że znikną kolejne zieloności w mieście nikogo nie wzrusza. Mnie wzrusza, więc sobie rozmyślałam zamiast spać, jak należy.
Druga nieprzyjemnostka myślowa to przeczytana na jakimś portalu informacja, że Ministerstwo Pracy aktywnie chcąc walczyć z bezrobociem przygotowuje przepisy pozwalające na odebranie świadczeń bezrobotnemu, który odmówi przyjęcia pierwszej oferty z urzędu pracy. Teoretycznie ma to sens. Jednakże w praktyce urzędy proponują np. pięćdziesięcioletniemu księgowemu ze zmianami zwyrodnieniowymi kręgosłupa pracę przy budowie miejskiego placu zabaw, co oznacza dźwiganie i inne prace fizyczne. Żaden z urzędników bowiem nie pomyśli podejmując decyzję o całości sprawy, czyli nie weźmie pod uwagę wykształcenia ani predyspozycji bezrobotnego. Ot, jest bezrobotny, jest stanowisko pracy, no to hop pierwszy z listy. Wiem, że wielu ludzi rejestruje się, jako bezrobotni i pracuje na czarno, wiem. Zasiłek dla bezrobotnych dziś wynosi 794,20 lub 623,60, wypłacany jest przez 6 lub 12 miesięcy, zależnie od regionu. Bezrobotny w Warszawie, aktywnie poszukujący pracy musi wydać na bilet 100 zł, pozostaje mu 700 zł na opłacenie mieszkania, jedzenie, ubranie, rzeczy podstawowe. Konia z rzędem temu, komu taka sztuka się uda! Kolejne poletko dla nadużyć lub niedopatrzeń spowodowanych procedurami.
I Syria. Pieklą się Stany Zjednoczone, że reżim Asada używa broni chemicznej. Tymczasem Carla Del Ponte (komisja ds. praw człowieka ONZ) twierdzi, iż świadkowie potwierdzają użycie takiej broni (sarinu paraliżującego układ nerwowy) przez rebeliantów. A mnie przypomina się Irak i inne takie, spać trudno.
Zaczynam myśleć, jak dawniej, znaczy zdrowa jestem, jak koń trojański jakiś.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Kluby niewidzialnej ręki
Kiedy byłam dzieckiem jakiś program tv dla dzieci i młodzieży namawiał do zakładania klubów niewidzialnej ręki. Należało komuś pomóc incognito zostawiając tylko na miejscu zdarzenia ślad czarnej dłoni. Jakiś miły pan potem opowiadał, że "czarna łapka" babci Drozdowej naniosła wody ze studni albo posprzątała gminne boisko w Kontrachcicach i wszystkim na sercach robiło się lekko i nadziejnie na przyszłość. Dziś, mam wrażenie, również istnieją kluby niewidzialnej ręki... rynku. Tyle się naczytałam i nasłuchałam, że ta niewidzialna ręka rynku uzdrowi wszystko, co w systemie minionym (podobno słusznie) źle funkcjonowało. Znaczy ludzie mieć będą pracę dająca oprócz godziwego zarobku również satysfakcję, będą emerytury spędzać pod palmą i będą szczęśliwi bez granic. Jak jest, każdy widzi. Co poszło nie tak? Czyżby niewidzialna ręka rynku się myliła? Nie, ona, ta ręka znaczy, opanowała tylko jeden ruch: podsiębierny. Zagarnia zyski li tylko i jedynie, ludzi owe zyski wytwarzających mając w tyle, o ile ma jakiś tył. Zysk stał się jedynym kryterium istnienia, funkcjonowania czegokolwiek. Nawet szpitale mają być rentowne, choć za diabła nie rozumiem, co to oznacza. Jaki zysk, nie będąc zakładem produkcyjnym, może wytwarzać szpital? Swoją drogą podlegam właśnie owej "rentowności" szpitala od soboty czekając na przyjęcie. Codziennie dzwonię i codziennie słyszę, że nie ma miejsc i mam zadzwonić następnego dnia. Ale do ad remu. Kiedy powstawał ruch oburzonych, w tle miał hasło, że to 99% protestuje, to 99%, które pracuje na pozostały 1% populacji. Ano, współczynnik Giniego rośnie na całym świecie, u nas również. Oznacza to coraz większe różnice ekonomiczne między najbogatszymi, a najbiedniejszymi. Znaczy zanika powoli klasa średnia. Ta klasa średnia, która kupuje nowe pralki, telewizory, lodówki, samochody itd. Najbogatsi kupują innej klasy sprzęty, najbiedniejsi nie kupują, bo nie mają za co. I już mi się nie chce pisać, do czego taka sytuacja prowadzi. Z przerażeniem tylko myślę, w jakim świecie przyjdzie żyć moim dzieciom i wnukom.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Od dłuższego czasu jestem w jakimś dziwnym stanie, rzeczy dzieją się obok, ja w nich nie uczestniczę. Przepływają mimo, czasem tylko czymś zahaczając. Wiem, że to samoobrona, bo wiele się zadziało przez ostatnie miesiące, ale chciałabym już wrócić do siebie, myśleć i żyć, jak ja. Nie umiem tylko zrobić pierwszego kroku w chmury. Czasem myślę sobie, że ktoś powinien mnie ruszyć z okopów, w jakich się chowam, że powinien podać rękę i szepnąć "acushla, chodź". Jednocześnie wiem, że nigdzie i z nikim bym nie poszła. Już nigdy.
czwartek, 28 marca 2013
Cyganka prawdę powie
Odkorkowałam się, odszpuntowałam, cokolwiek. Nie lada bodźca było trzeba, biorąc pod uwagę moją niepewność co do zdrowia. I tkwiłabym tak w marazmie emocjonalnym do końca kwietnia (czyli do terminu hospitalizacji), gdyby nie usłyszane dziś słowa. Ale zacznę od jajka. Dwa razy w życiu doświadczyłam swego rodzaju dyskryminacji rasowej, etnicznej, jakiejkolwiek. Pierwszy raz był dawno temu, zostałam posądzona o przynależność do starszych braci w wierze. Li tylko na podstawie wyglądu, który niewiele się zmienił. Pozostał ciemny odcień cery, ciemna oprawa oczu, ciemne włosy. I otóż dziś zostałam zakwalifikowana jako Cyganka. W obu przypadkach, czyli określenie mnie jako Żydówki, jak i określenie mnie jako Cyganki, miały mieć i miały wydźwięk pejoratywny, miały też ukazać niechęć wypowiadających te słowa do mnie, jako przedstawicielki owych nacji. Pierwsze zdarzenie miało miejsce dawno temu, słowa zostały wypowiedziane przez prosty lud w autobusie, mniejsza z jakiego powodu. Nie przejęłam się zbytnio, bo i nie było czym. Tym, co usłyszałam dziś przejęłam się z kilku powodów. Po pierwsze: ludzie już wiedzą, co oznacza słowo tolerancja i jak je stosować; po drugie: słowa wypowiedziane zostały przez osobę, której stanowisko powinno zza pleców krzyczeć, że jej nie wolno; po trzecie: w tej instytucji takie słowa paść nie mają prawa. A już na pewno czyjeś uprzedzenia rasowe, etniczne, religijne, nie mogą być podstawą do oceny innych. Mam prawo oczekiwać być oceniana z racji umiejętności, kwalifikacji itp. Poczułam się paskudnie. Biorąc pod uwagę, że w tejże instytucji całkiem niedawno powstała komisja do spraw przeciwdziałania mobbingowi i dyskryminacji, zaczynam podejrzewać, że kolejny raz mam do czynienia ze standardami podwójnymi. Przepisy sobie, wszechwładny urzędnik sobie. Źle się z tym czuję, jako pracownik instytucji, ale nic nie zrobię, przynajmniej na razie. Jako ja osobiście najchętniej kupiłabym wyświechtaną, zatłuszczoną talię kart i tanecznym krokiem weszła do gabinetu owej pani z tekstem: powróżyć, piękna pani, powróżyć? Cyganka prawdę powie, piękna pani, tylko prawdę.A może nie powinnam pyszczyć? Skoro czysty aryjczyk we mnie Cygankę widzi, to może i rację ma? Wredna stara Kornacka się we mnie budzi, a tasaczki mi w kieszeniach pobrzękują.
sobota, 9 marca 2013
Po
Jako że Dzień Kobiet minął bezkrwawo, można wracać do codzienności. Czyli do traktowania mężczyzn, jak na to zasługują. Otóż przede wszystkim nauczyć ich należy właściwej terminologii w stosunku do kobiet. Kiedy już zapoznają się z formą przejdziemy do treści. Nie wszystko jednocześnie, bo się pogubią. Współczesny amerykański język feministyczny (A Feminist Dictionary, Pandora Press 1985) proponuje następujące zwroty:
- alternative body image (alternatywny wygląd ciała) zamiast nieatrakcyjny wygląd, żadna kobieta bowiem brzydka nie jest, czasem tylko wina brak
- chivalry (rycerskość) to wcale nie dbałość o kobietę, ale "instrument ucisku, sprawiający, iż kobieta nie jest w stanie rozwiązywać życiowych problemów bez codziennej pomocy mężczyzny" (Nancy Henley, Polityka ciała)
- excessive eye contact (nadmierny kontakt wzrokowy) polega na gapieniu się na kobietę w nadmiarze
- insufficient eye contact (niewystarczający kontakt wzrokowy) polega na niegapieniu się w wystarczającej ilości na kobietę
- potential rapist (potencjalny gwałciciel) czyli każdy osobnik rodzaju męskiego po osiągnięciu dojrzałości płciowej
- collaborator (kolaborant) to każda kobieta przyznająca się, że lubi seks z mężczyzną
- conceptual rape (gwałt wyobrażeniowy) oznacza wyobrażanie sobie aktu płciowego z kobietą, na które to wyobrażanie sobie kobieta nie udzieliła zgody
- extended clitoris (przedłużona łechtaczka) czyli penis, substytut wibratora; słowo "penis" jest wyjątkowo niepoprawne politycznie, bowiem uwypukla róznicę między kobietą, a mężczyzną, na niekorzyść kobiety
- history (historia) z uwagi na zawartość "his" (jego) całe słowo staje się seksistowskie, wariant poprawny to herstory (jejstoria)
/z zhaba.ru/
piątek, 8 lutego 2013
Wpadka
Wpadka to obrzydliwe słowo, a właściwie obrzydliwa treść, jaka się za nim kryje. Wiem, bo tak mnie kiedyś nazwano (niestety, nie wyciągnęłam wniosków na czas, wyciągnęłam nieco później). Dzisiaj wpadka jest wszechobecna i pożądana, jako newsik dla publisi. Jedna pani pokazała majtki na jakimś czerwonym dywanie, bo za intensywnie podciągnęła sukienkę chroniąc ją przed ubłoceniem - wpadka (swoją drogą, gdyby pani była bez majtek tytuł newsa brzmiałby zapewne "jaka ona seksowna!"). Pani marszałkini przycisnęła nie ten guzik - wpadka. Drogowcy nie odśnieżyli na czas - wpadka. Jakaś celebrytka niestosownie się ubrała - wpadka. Stara Kornacka sobie myśli, że kiedyś, w czasach zamierzchłych, przypadkowe odsłonięcie bielizny nie wzbudziłoby niczyjego zainteresowania, ba, w złym tonie byłoby zauważenie tego. Przyciśnięcie nie tego guzika przez kogokolwiek zostałoby nazwane niedopatrzeniem, a odśnieżenie za późno - zaniedbaniem obowiązków. Niestosowny ubiór gwiazdki byłby niestosownym ubiorem po prostu. Dzisiaj to wszystko określa się słowem-kluczem "wpadka". Kluczem do zainteresowania publisi, odwołaniem się do jej brzydkich, niskich pobudek. Fuj.
W związku z powyższym stara Kornacka poprawia sobie nastrój kwiatami i zapachem. No.
W związku z powyższym stara Kornacka poprawia sobie nastrój kwiatami i zapachem. No.
środa, 6 lutego 2013
Ludzie listy piszą...
Od ponad dwóch tygodni jestem cały czas w domu. Ani razu nie pojawił się listonosz. Wczoraj wychodząc do lekarza znalazłam w skrzynce awizo datowane 1 lutego. Przedwczoraj nic w skrzynce nie było, sprawdzałam wychodząc do sklepu na chwilę. Zatem listonosz nie dość, że nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, czy ktoś jest w domu, ale i oszukał nie przynosząc awiza kilka dni wcześniej. Wszystkie instytucje, w tym sądy, urzędy, uznają przesyłkę za skutecznie doręczoną, jeśli poczta zwraca ją z adnotacją "adresat nie odebrał w terminie". Ów adresat nie ma jak udowodnić, że awiza nie otrzymał. Wszystko jest bowiem w porządku: poczta awizo wystawia i zleca listonoszowi dostarczenie. A że listonosz nie dostarcza, nie ma jak udowodnić. Bo i jak dowieść, że się nie jest wielbłądem? Poczta niedawno błysnęła nie dostarczając listu poleconego do samej siebie, ale i to nie spowodowało zmiany przepisów odnośnie uznawania przesyłki za dostarczoną. Ludzie listy piszą, ludzie schodzą z drogi, jak listonosz jedzie, a przesyłki nie docierają. Jakiś czas temu zamówiłam książki w zaprzyjaźnionym antykwariacie. Wiedziałam, że na pewno zostały wysłane, więc czekałam cierpliwie. Po prawie dwóch tygodniach bezowocnego oczekiwania zadzwoniłam do właścicielki antykwariatu. Wysłała natychmiast po złożeniu przeze mnie zamówienia, jak zawsze. Zaniepokoiła się na tyle, że postanowiła interweniować na poczcie. I następnego dnia znalazłam w skrzynce awizo z dopiskiem: "bardzo pilne". To oznacza, że albo poczta nie wystawiła awiza wcześniej, albo, co bardziej prawdopodobne, wystawiła, a listonosz nie doniósł. Kilkakrotnie marudziłam na poczcie z powodu dostarczania przesyłek, zawsze słyszałam jedną odpowiedź: proszę napisać skargę. Nigdy tego nie robiłam, bo rzecz wydawała mi się niewarta świeczki. Tym razem jednak napiszę, bo za jakiś czas okaże się, że jestem wielbłądem.
sobota, 29 grudnia 2012
Fachowiec, jak z koziego ogona waltornia
Powoli do siebie dochodzę po kolejnej wizycie fachowca od półek, bardzo powoli. Przypomniałam sobie już całkiem, dlaczego wszystkie te prace wołałam robić może mniej fachowo, ale samodzielnie. Wczoraj fachowiec zaledwie przyciął deski i wywiercił kilka otworów w listwach podtrzymujących. Docięcie desek nie było łatwe, mam w kuchni kąt rozwarty, ale w końcu uprzedzałam i zamiast o trzeciej mógł przyjechać wcześniej. Prace przy półkach trwają w związku z tym i dzisiaj, tym razem od pierwszej. W trakcie okazało się, że fachowiec nie wziął ze sobą kołków rozporowych o potrzebnej wielkości. I jakem była do tego momentu spokojna znosząc wzdychania, cmokania i marudzenia fachowca, tak mi w gardle zagrało tym razem i krew przodków się we mnie zagotowała! Fachowiec został pogoniony do czynnego marketu budowlanego po kołki i z naciskiem pewnym zapowiedziałam, że guzik dostanie, a nie pieniądze, jeśli tego dziś nie skończy. Nie zniosę kolejnego dnia bałaganu, wiercenia, wzdychania i cmokania, nie zniosę i już.
W przerwach między wierceniem czytam kolejną książkę S.Kopera, tym razem ""Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej".
czwartek, 27 grudnia 2012
Poświątecznie
Jutro zostanie zrobiona ostatnia brakująca półka w kuchni! Zostanie zrobiona, bo tym razem w ramach oszczędzania moich barków zrobi to fachowiec. Szał zakupowy mnie dziś ogarnął całkiem, liczyłam bowiem na poświąteczne lenistwo innych kupujących. Się przeliczyłam, tłumy były, jak zwykle, a może nawet większe. Cały dzień w związku z tym jeździłam i kupowałam, co trzeba: deski na półkę, materiał na zasłony, dywanik do łazienki, nowe świece zapachowe i inne drobiazgi. Nie kupiłam tylko nowego pokrowca na kanapę, te w IKEI są niewłaściwego koloru. Chyba sobie sama utkam, albo co. Znalazłam też antypoślizgową matę, już ją zainstalowałam pod modlitewnym dywanikiem w sypialni. Gangrena ze zdziwienia, że już nie może na dywaniku jeździć, aż przysiadła na ogonie i miauknęła rozczarowana.
Jutro też zapowiedział się fachowiec od pieca, bo drań znów wysiadł. Na szczęście kaloryfery jako tako grzeją, a i temperatura na zewnątrz znośna. Nie mam tylko ciepłej wody, co można wytrzymać, a nawet da się organizm hartować.
A teraz, przy palących się świecach o zapachu drzewa sandałowego i przy nowej żarówce czytam "Polskie piekiełko" S.Kopera.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Niechcemiś mój
Mam niechcemisia potężnego, jak stąd do tamtąd. Piątkowy wysiłek fizyczny skutkuje do dziś bólem w barkach. W związku z tym nie tknę niczego, co waży więcej niż kilogram przez dłuższy czas. O dziwo, prawy bark boli bardziej, a to przecież ten "lepszy". Boli nawet w bezruchu. Nauczyłam się już czajnik z wodą na kawę podnosić obiema rękami, ale wciąż nie mogę zapamiętać, by światło zapalać lub gasić ręką lewą. Uniesienie prawej kończy się piekącym bólem i brakiem możliwości poruszania nią przez jakiś czas. W trosce o siebie postanowiłam zatem mieć niechcemisia długotrwałego. Powinnam tylko nauczyć koty przewracania kartek w książce. Ależ ze mnie coraz starsza Kornacka! Fuj!
Tak będę leżeć! Nie ruszać!
czwartek, 22 listopada 2012
In vitro veritas po raz kolejny
Władze Częstochowy i bodajże Szczecina atakowane są przez prawicową część społeczeństwa za sprzyjanie in vitro. Sprzyjanie i finansowanie, co prawicowa część uważa za niezgodne z Konstytucją. Ta prawicowa część to katolickie sumienie narodu, jako że in vitro niezgodne jest z nauczaniem kk, co jakiś biskup niedawno nadmienił jednocześnie podprogowo strasząc anatemą korzystających i popierających. Dalej nie rozumiem, co można mieć przeciwko in vitro. Wszak pierwszym znanym tego rodzaju poczęciem było poczęcie przez Marię, żonę Józefa. Jak więc kk głoszący tę historię może in vitro potępiać? Nieustannie dziwię się, urbi et orbi.
piątek, 16 listopada 2012
Schowek pod schodami
Młodym dziewczęciem będąc czytałam z zapałem "Anię z Zielonego Wzgórza", jak większość młodych dziewczątek. Poza przekonaniem, że świat jest piękny i sprawiedliwy, wyniosłam z lektury "schowek pod schodami". Otóż Ania zapraszając jakąś literacką znakomitość sprzątała cały dom, nie zapominając o owym schowku pod schodami, bo, jakkolwiek niewielka była szansa, że gość tam zajrzy, sama źle by się czuła wiedząc, że coś pozostało nieuprzątnięte. Przejęłam się tym mocno, może nie do końca w odniesieniu do odkurzania wszystkich zakamarków przed wizytą gości li tylko i jedynie. Nie czuję się komfortowo wiedząc, że czegoś nie dopełniłam, co moim obowiązkiem było. Bez względu na okoliczności. Fasadowość działań w związku z tym mnie przeraża. I wyjątkowo podle się z tym czuję. Oto przyklepane na wierzchu ślicznie wyglądające okoliczności, okazują się zwykłym nieuprzątniętym schowkiem pod schodami. Po prostu pozostawione swojemu losowi, to znaczy komuś, kto zostaje dysponentem schowka. Ja zapewne bym go uprzątnęła dokładnie przed przekazaniem komuś innemu, a tymczasem zostałam obarczona zrobieniem porządków po kilku poprzednich właścicielach. Toteż chodzę i warczę sama do siebie. Ale, ponieważ dziś piąteczek, zrobię przerwę w warczeniu na weekend.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

