sobota, 10 września 2011

Wybór

Gdzieś w sieci, na przypadkowym blogu, przeczytałam notkę o samobójcach. Wydźwięk był mniej więcej taki: samobójcy to tchórze, nie liczą się z bólem bliskich itp. Nie zgadzam się.
W Polsce w ciągu roku popełnianych jest około 4 500 samobójstw. Część z nich, to samobójstwa ludzi młodych. Często są one próbą zwrócenia na siebie uwagi, czasem spowodowane są zaburzeniami okresu dojrzewania, niemożnością poradzenia sobie z czymś trudnym, przy prawdopodobnym braku wsparcia bliskich. Wiele tych młodocianych prób samobójczych jest na szczęście nieudanych. Jedną, inną, pamiętam ze szkoły średniej. W maturalnej klasie jakaś dziewczyna z tego samego rocznika popełniła samobójstwo zostawiając list i obwiniając profesorkę rosyjskiego - nie zdała egzaminu komisyjnego. Obrzydliwy to miało wydźwięk.
Inne powody najczęściej kierują ludźmi dorosłymi decydującymi się odebrać sobie życie. Rzadko można tu stwierdzić niedojrzałość, zaburzenia osobowości - poza grupą popełniającą samobójstwo w depresji, to odrębna całkiem sprawa. Pomijam też szantaże emocjonalne różnego rodzaju, czasem ktoś grozi osobie bliskiej samobójstwem chcąc coś na niej wymóc. Skutecznie, czy nieskutecznie wymusza, do samobójstwa w takich przypadkach raczej nie dochodzi. Zupełnie odrębną grupą są samobójstwa przemyślane, zaplanowane. Te nie są popełniane pod wpływem impulsu, nie są oznaką niedojrzałości. Wiele lat temu zaskoczyła mnie wiadomość o samobójstwie córki sąsiadów - młoda, ładna kobieta. Jak się okazało przygotowywała się do tego kroku dość długo: kończyła sprawy w pracy, odwiedzała rodzinę i znajomych. Tuż przed wykąpała się, pomalowała paznokcie i ubrała odświętnie. Myślę, że chciała w ten sposób jak najmniej problemów sprawić bliskim. Powód? Miała padaczkę, nie chciała zakładać rodziny i przekazać dzieciom choroby. Pomijam słuszność jej obaw, podjęła świadomą decyzję, w jej przekonaniu najlepszą, jaką mogła podjąć. Jej mama powiedziała wtedy, że bardzo ją boli odejście córki, ale szanuje jej wybór. Być może podobnie było z ostatnim, głośnym samobójstwem Andrzeja Leppera. Takiego dokonał wyboru w swojej sytuacji. I nie ma co się zżymać i twierdzić, że bardziej to boli jego bliskich, że sobie poradzą gorzej bez niego. Być może dokładnie skalkulował wszystkie za i przeciw, i to wyjście wydało mu się najlepszym. Ktoś inny, wiedząc, że choruje ciężko i za chwilę stanie się ciężarem dla bliskich, też może taką decyzję podjąć całkiem świadomie. Uogólnianie w tej materii nie jest dobrym rozwiązaniem. Za każdym razem jednak jest to wybór, jakiego dokonuje człowiek w odniesieniu do siebie. Ja to szanuję i nie potępiam.
Coraz trudniej jest bowiem żyć. Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwie żyje ten, kto żyje twórczo, nie odtwórczo. Dzisiejsze czasy produkują tych drugich, odtwórców. W mediach podaje się model życia,wyglądu, poglądów. Kult młodości, piękna, sukcesu jest wszechobecny. Odstający od takiego modelu jest skazany na swoisty ostracyzm: nie dostanie dobrej pracy, nie znajdzie partnera, nie osiągnie "sukcesu". Potrzeba dużej siły wewnętrznej, by nie poddawać się wizerunkowi propagowanemu w mediach. By nie poddawać się naciskowi publisi. By nie być konformistą. Niedawno obejrzałam w necie występ młodego chłopaka w naszym rodzimym "Mam talent". I komentarz jednego z jurorów: jesteś brzydki, ale uroczy. Trzepnęło mną. Chłopak nie był brzydki, on tylko nie miał plastikowej twarzy, jakie królują na ekranie. Podobno na drugiej półkuli (która wzorem dla nas jest), odkryto nowe zjawisko. Nazywa się ono lookizm i oznacza dyskryminację ludzi brzydkich. Kiedyś być może będzie karalne, jak rasizm, seksizm i inne -izmy.
Trudno jest żyć po którejkolwiek ze stron krzywej Gaussa. A ja zaczynam śpiewać z Villonem: bo starzy są tu na tej ziemi, jak grosz co wypadł już z obiegu... bo brzydcy są tu na tej ziemi, jak grosz co wypadł już z obiegu... bo inni są tu na tej ziemi...

czwartek, 8 września 2011

Rurka z kremem

Zupełnie przypadkowo odbyłam wczoraj podróż w krainę dzieciństwa. Przechodziłam obok sklepu z rurkami, który istnieje w tym samym miejscu od nie wiem, ilu już lat. Ja ten sklep pamiętam z dzieciństwa, pamiętają go moje córki. Do zwyczaju należało, wracając po lekcjach, kupić sobie rurkę z kremem. Jeśli były fundusze oczywiście, a z tym bywało różnie - rodzice nie zawsze przecież rozumieli chęć osłodzenia sobie ciężkiego, szkolnego życia. Z przyjemnością, w oczekiwaniu na swoją kolej, przyglądałam się, jak pani wylewa ciasto rurkowe na maszynę i wyjmuje je potem takie miękkie, bezbronne. I ten zapach... Pod wpływem jakiegoś impulsu kupiłam sobie rurkę. Smak ten sam, nawet ta sama pani sprzedająca (może właścicielka), choć sporo starsza, jako i ja. Wyszłam na ulicę i jedząc rurkę przypomniałam sobie swoje powroty ze szkoły, czasem z nosem spuszczonym na kwintę, bo coś poszło gorzej, czasem radosne, bo coś się udało. W sumie to były dość beztroskie lata, choć wtedy miałam czasem wrażenie, że coś, co się wydarzyło, to koniec świata. Albo powód do biegania w obłokach. Teraz dorosłam (mocno dorosłam!), nabrałam dystansu do ludzi i świata, ale smak rurki z kremem pozostał ten sam. Nie wiem, czy dla moich wnuków (kiedyś je tam zaprowadzę) będzie to taka przyjemność, jak dla mnie dawno temu. Dzisiaj jest tyle różnych słodyczy, kolorowych, krzyczących "zjedz mnie", rurki z kremem nie wyglądają specjalnie kusząco.

wtorek, 6 września 2011

Cukiereczki dla córeczki

Trzydzieste urodziny to nie byle jakie urodziny, należało je jakoś specjalnie uczcić. Kupiłam szampana i czekoladowe cukierki - dokładnie 30 sztuk. Cukierki wyglądały jakoś bezpłciowo, postanowiłam zrobić z nich naszyjnik. Kupiłam w kwiaciarni wstążkę i usiadłam na skwerku pod sklepem. Pracowicie dobierając kolory zaczęłam wiązać. Efekt kolorystyczny był niezły: czerwona wstążka, cukierki w jadowicie żółtych, czerwonych i zielonych papierkach. Może dlatego przechodzący ludzie się mi przyglądali? Jakiś starszy pan z czerwonawym nosem (pewnie katar), zapytał, co robię. Odpowiedziałam równie idiotycznie, jak zapytał: wiążę cukierki. Nie pytając o powód chciał pomóc. Pani w niebieskiej koszuli spytała, czy ja te cukierki sprzedaję. Jakichś dwóch młodzieńców zaproponowało pomoc w konsumpcji. Inni zwyczajnie uśmiechali się przechodząc, ktoś prychnął, z pogardą zapewne. Nie sądziłam, że wiązanie cukierków może wzbudzić takie zainteresowanie. Zresztą było mi to całkowicie obojętne, miałam coś do zrobienia, to zrobiłam. A czy ktoś na to patrzył i komentował? A co mnie to... No.
Skończyłam, poszłam do jubilatki. Odpracowałam "sto lat" z przytupem i zajęłam się wnukami, co sprawia mi niezmierną radość za każdym razem. Młodsza córka spytała, znając moje wcześniejsze plany, dlaczego nie 30 balonów. Przyznałam się, że kiedy pomyślałam o nadmuchaniu takiej ilości opadły mi ręce, z lenistwa wolałam wiązać cukierki. Dodałam, że wpadłam na to w ostatniej chwili. Dopytały, gdzie to robiłam. Młodsza spytała starszą, czy ona też będzie miała na starość takie pomysły. "Będziesz!" - odrzekła stanowczo starsza, ta trzydziestoletnia już. Starszy zięć patrzył z pewnym zaniepokojeniem - w listopadzie on kończy 30 lat. A ja jestem ciekawa, czy za 10 lat zwiążą mi 60 cukierków.
Jak zawsze, spędziłam z wszystkimi moimi dziećmi miłe popołudnie.

poniedziałek, 5 września 2011

Kot plus komputer





Nic dodać, nic ująć - moja kiciunia kładzie się przed komputerem wdzięcznie kładąc głowę na mojej prawej ręce i... zasypia. Obsługiwanie myszy bez wyrzucenia kota staje się niemożliwe. Lubi też pląsać po klawiaturze. Robi to najchętniej wtedy, kiedy zapomnę zapisać tekst, nad którym właśnie pracuję i idę zrobić sobie kawę. Wdzięczne jest to stworzenie ta moja kiciunia, wdzięczne i mądre. Wiedzące lepiej, co powinnam robić. Powinnam jej częściej słuchać.



niedziela, 4 września 2011

Chyba dobre...



Brak snu tak się oto kończy:



Okazało się, że nie mam mąki pszennej, ale miałam orkiszową. Bułeczki są więc orkiszowe. Do zrobienia kajzerkowych nacięć użyłam przyrządu do krojenia jabłek. Pyszne!

Przepis:

3 szklanki mąki pszennej

3/4 szklanki letniej wody

6 g suchych drożdży

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka cukru

1 jajko

2 łyżki roztopionego masła



Wymieszać wszystko w misce i wyrabiać, wyrabiać, wyrabiać. Zostawić w spokoju na 10 min. i znowu wyrabiać (ok. 5 min.). Zrobić kuleczki (wychodzi z tej ilości 10-11 sztuk), rozpłaszczyć je i naciąć. Zostawić na 45 min. pod przykryciem do wyrośnięcia. Piec około 15 min. w temp. 225 stopni. I już. Trudno się powstrzymać, żeby nie zjeść takiej gorącej, ale warto poczekać. Kiedy wystygną rozpływają się w ustach.

Sen nocy wrześniowej...

... nie nadszedł. Wolałam nie spać, niż śnić koszmary. Ostatnio powtarza się jeden i ten sam: bezkresna śnieżność. Biało, zimno i cicho, a ja nie mogę ruszyć się z miejsca. Czuję, jak przymarzam, zapadam się coraz głębiej. Męczący sen.



sobota, 3 września 2011

Ziuuu...

"Ziuuu" zrobiłam sama, zwykłą, ręczną piłą (maszynę pożyczoną na weekend zostawiłam w pracy). Zajęło mi to sporo czasu, ale wyszło równo i porządnie. Teraz już tylko kataloguję i ustawiam książki. Muszę skończyć do środy, więc chyba będę to robić nocami. Źle sypiam od dłuższego czasu, więc przynajmniej nie będę się przewracać z boku na bok, tylko pożytecznie spędzę ten niespany czas. Chciałabym swoją drogą umieć przestać myśleć, analizować, przetrawiać. Niewątpliwie sypiałabym lepiej.

Prawie skończyłam już czytać "Skrwawione ziemie" Snydera. Bardzo trudna lektura. Trudna emocjonalnie. Czytając rozdział o głodzie na Ukrainie, nie mogłam przestać o tym myśleć. Głód został celowo sprokurowany przez Stalina, jako "zachęta" do kolektywizacji, której ukraińscy chłopi się opierali. Miejscowe, ukraińskie władze partyjne prześcigały się w ilości "ukaranych": mordercze deportacje na Syberię, niemożliwe do zrealizowania kontyngenty żywnościowe, rozstrzeliwania za nieposłuszeństwo. Celowa eksterminacja milionów ludzi. Decyzją jednego człowieka, który doskonale zdawał sobie sprawę z jej skutków. Czasem tak wiele zależy od tak niewielu...